Serwis o mediach i reklamie

O nas Pressletter

Dział: KSIążKI

Dodano: Październik 05, 2016

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

„Karawana kryzysu. Za kulisami przemysłu pomocy humanitarnej”

Press

Linda Polman
Wydawnictwo Czarne
Wołowiec 2016

Jeśli czasem przychodzi ci do głowy, że lepiej byłoby rzucić wszystko i jechać do Afryki pomagać potrzebującym, to wiedz, że na taki pomysł wpadło już kilkaset tysięcy osób na świecie, a każda założyła organizację charytatywną. Według autorki tej książki więcej z nich szkodzi, niż pomaga. Te małe organizacje, nazywane MONGO (My Own NGO), wsławiły się dostarczaniem do Afryki i Azji zepsutej aparatury szpitalnej, przeterminowanych leków, puchowych kurtek zimowych dla ofiar tsunami, namiotów arktycznych, pantofli na szpilkach i pigułek viagry. Bywa gorzej – gdy nawiedzeni chęcią pomocy lekarze z Zachodu przyjeżdżają do Afryki, by wykonywać kilkadziesiąt operacji chirurgicznych dziennie na niezdiagnozowanych chorych, a potem porzucić ich, nie dbając o opiekę pooperacyjną. Przerażeniem napawa, że takie rzeczy dzieją się pod bokiem wielkich organizacji humanitarnych. Lecz tak naprawdę prawie każda karta tej książki budzi przerażenie: autorka odkrywa bowiem, że znane powszechnie organizacje humanitarne to tak naprawdę wielkie przedsiębiorstwa, które muszą wyjść na swoje. Że stały się one zakładnikami dyktatorów, którzy są w stanie mordować własnych obywateli, by zmusić bogate kraje do przysyłania im jedzenia, lekarstw i innych potrzebnych rzeczy – które w dużej części nie trafiają do potrzebujących. Sprzedawanie przez wojskowych otrzymanych darów finansuje broń i dalsze walki. Autorka wskazuje też na współsprawstwo dziennikarzy, którzy chętnie nagłaśniają katastrofy humanitarne. Działa to tak: organizacje pomocy charytatywnej są uzależnione od mediów, bo gdy te nagłośnią jakiś problem, fundusze od darczyńców płyną wartkim strumieniem. Kluczowe jest więc pytanie, które autorka zadaje na początku książki, a z każdą stroną coraz trudniej na nie odpowiedzieć: czy w takim razie należy pomagać? Przeczytajcie i odpowiedzcie sobie sami.

CP

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

PODOBNE ARTYKUŁY

Dział: KSIążKI

Dodano: Listopad 03, 2016

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

„Czarny jak ja”

Press

John Howard Griffin
Wydawnictwo WAB
Warszawa 2016

„Głosiliśmy tylko jedną prawdę, że ten kraj powinien pozbyć się rasizmu. (…) Ale ponieważ rasizm zawsze kryje się pod szacownym przebraniem – zazwyczaj pod maską patriotyzmu i religijności – wielu ludzi potępiało nas za niszczenie tych szacownych wartości” – pisze John Howard Griffin. Skądś to znamy, nieprawdaż? „Czarny jak ja” w USA należy do kanonu lektur. U nas ta książka powinna być polecana tym, którzy biją w tramwaju linii 22. Zaś dla dziennikarzy jest to niezwykle pouczająca lektura, zarówno z etycznego, jak i warsztatowego punktu widzenia.

Otóż w 1959 roku, gdy na amerykańskim Południu nadal obowiązywały rasistowskie przepisy, a Afroamerykanów traktowano jako obywateli drugiej kategorii, dziennikarz John Howard Griffin zdecydował się na nietypowy eksperyment: pod opieką dermatologa przyjmował leki wzmacniające pigmentację skóry i poddał się serii naświetlań ultrafioletem, by stać się czarny. Tak zmieniony wędrował po stanach głębokiego Południa, na własnej skórze doświadczając, jak to jest należeć do podludzi. Kiedy był biały, witały go braterskie uśmiechy na ulicy i w knajpach, korzystał z przywilejów białych (np. z ubikacji w barze); gdy stawał się czarny, ci sami biali patrzyli na niego, jakby był śmieciem, podczas gdy ciemnoskórzy traktowali go z życzliwością. Griffin miał jednak łatwiej niż oni: kiedy bycie czarnym było ponad jego siły, gdy miał dość upokorzeń – zmieniał się na kilka dni w białego, by psychicznie odpocząć. Po czym wracał w skórę czarnego i odwiedzał kolejne miasta. Kiedy swoje przeżycia i obserwacje opisał w książce, niechęć do Griffina w jego rodzinnym mieście była tak wielka, że musiał się z rodziną wyprowadzić. Mimo że był biały. Gdy włączył się w działania ruchu na rzecz przestrzegania praw obywatelskich, tropiono go i zastraszano we własnym kraju. Mimo że był biały. Społeczeństwo nie wybacza bowiem nikomu, kto idzie pod prąd. Lecz jak pokazuje przykład Griffina, dziennikarz nie ma innego wyboru: musi być raz czarny, raz biały. Wtedy jest w stanie zrobić więcej dobrego niż złego.

RG

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

PODOBNE ARTYKUŁY