Temat: wspomnienie

Dział: OPINIE

Dodano: Wrzesień 10, 2016

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Andrzej Niziołek: Krzyś Miller znalazł swoją przystań

Okładka książki "13 wojen i jedna" Krzysztofa Millera i Andrzeja Niziołka

Krzyś znalazł swoją przystań - wspomina Andrzej Niziołek, który pracował z Krzysztofem Millerem nad książką „13 wojen i jedna”

Krzysia Millera poznałem po chorobie, gdy wydawało się, że w miarę ustabilizowała się jego sytuacja życiowa. Choć, oczywiście, nie była stabilna. Przez wydawnictwo Znak zostałem zatrudniony, by pomóc Krzysiowi - uznali, że jest świetnym fotografem, ale może w pisaniu już nie jest taki dobry. Tymczasem on był niezależny. Nie dał sobie w żaden sposób narzucić pomysłu. To on narzucił pewien styl książki, który odpowiadał jego emocjom, jego myśleniu. On - gdy jego emocje i stan ducha pozwalały - pisał, wywalał wszystko z siebie. Jednak nie robił tego w sposób chaotyczny, lecz bardzo literacki. Okazało się, że oprócz tego, iż był bardzo dobrym fotografem, miał też talent literacki. Świetnie przy tym obrazował i opisywał wydarzenia - tam, gdzie trzeba, było z nerwem; tam, gdzie trzeba, było to z zabawą. 

Kiedy go poznałem, był człowiekiem o niezwykłym autentyźmie. Nie miał żadnej maski, nie stosował żadnej gry, nie było żadnego udawania, że jest się kimś innym. Jak była radość, była radość. Jak był ból, ten ból wychodził. 

Pamiętam nasze spotkanie autorskie w Poznaniu - miałem je prowadzić, ale to on je zdominował i zebrał ogromny aplauz właśnie dzięki temu, że nie owijał prawdy w ładne słówka. Mówił na emocjach, wyrzucał je z siebie. Nie były to zresztą tylko emocje, ale też bardzo inteligentne uwagi i spostrzeżenia.

W ostatnim czasie wydawało się, że Krzyś - po różnych perturbacjach osobistych - znalazł swoją przystań. Miał dziewczynę Pysię, kupili razem dom. Jeszcze miesiąc temu rozmawialiśmy. Mówił, że koniecznie muszę do nich, do Brwinowa przyjechać. Już się umówiliśmy, gdy zadzwonił, że „Gazeta” wysyła go do Krakowa, w którym zostanie na kilka dni - więc przełożyliśmy spotkanie. Okazuje się, że już do niego nie dojdzie. Strasznie smutno.

Dotarł w życiu do momentu, w którym nie musiał już nigdzie jeździć. I że miał oparcie w kimś, miał spokój. Nie wiem, co się stało. Może ten niepokój nadal nim targał.

Pysiu, jestem i myślę też o Tobie.

Andrzej Niziołek

PRZECZYTAJ TEŻ: fotoreporter Krzysztof Miller zmarł tragicznie w wieku 54 lat

(10.09.2016)

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

PODOBNE ARTYKUŁY

Temat: wspomnienie

Dział: OPINIE

Dodano: Wrzesień 11, 2016

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Swoimi zdjęciami zadawał fundamentalne pytania

Andrzej Zygmuntowicz (fot. archiwum Press)

Swoimi zdjęciami zadawał fundamentalne pytania - o fotografii Krzysztofa Millera i jej roli w mediach pisze Andrzej Zygmuntowicz.

Krzysztof Miller nie żyje. Trudno w pierwszej chwili uporządkować myśli i spróbować opisać, kim był i co nam zostawił. Wszyscy wspominają wspólną pracę, przygody jej towarzyszące, napięcia oraz strach w czasie zbierania materiałów o kolejnym konflikcie, wojnie, głodzie, walce o przetrwanie w odległych i niespokojnych miejscach świata.

Odszedł niepospolity fotograf i bardzo ciekawy człowiek. Zostało jego dzieło stworzone z pasji opowiadania: o świecie naszych czasów, o trudzie istnienia, o złu, które w nas siedzi i często steruje naszymi poczynaniami, ale i o walce tegoż zła z dobrem, które szczęśliwie też w nas jest.

Jako główny temat swoich fotograficznych opowieści Krzysztof Miller wybrał odnajdowanie się człowieka w stanach ekstremalnych - a takim stanem jest najczęściej wojna, kataklizm wywołany siłami natury lub błędami człowieka, nagłe zdarzenie. W takich krańcowych warunkach najdokładniej widać spotykanie się dobra i zła oraz jak człowiek szuka swojego miejsca w tym zwarciu, by jego człowieczeństwo obroniło się przed zwierzęcymi instynktami.

Krzysztof Miller miał świadomość, jaka jest rola współczesnych mediów, jak oddziałują na odbiorcę i jakie miejsce w systemie przekazu pełni dziś fotografia prasowa. Nie wpisywał się w dominujący nurt tworzenia jednoobrazowych ilustracji dopełniających tekst. Jego zdjęcia i fotoreportaże to dziennikarstwo wizualne na najwyższym poziomie. W wypadku jego prac to tekst powinien być dopełnieniem informującym odbiorcę gdzie, kiedy i kto uczestniczył w zobrazowanym zdarzeniu. 

Nie ulegał chwilowym modom, tworzył według własnego pomysłu, od wyboru tematu, sposobu jego ujęcia, po zastosowane środki warsztatowe i estetyczne. Jego kadry to bardzo autorska wizja o wielkiej sile oddziaływania. Wielokrotnie udowadniał, że nie musi być to wojna, by kadry były mocne, mądre, przyciągające oko, komentujące wielowątkowo współczesność i pozostające w pamięci odbiorców. O jego wszechstronności mówią nagrody na konkursach fotografii prasowej, zdobywał je we wszystkich kategoriach: Wydarzeniach, Życiu codziennym, Kulturze, Sporcie, Ludziach.
Przylgnęła do niego łatka fotografa wojennego, bo rzeczywiście jak żaden inny polski fotograf niemal od początku pojawiał się w miejscach tragicznych konfliktów. Ale warto pamiętać, że ukształtowały go czasy przemian, wielkich nadziei Polaków i mieszkańców sąsiednich krajów, że społeczny zryw jest w stanie zmienić system polityczny, który wydawał się trwały i niezmienny. 

Wędrując po świecie, Miller opowiadał o tych samych nadziejach, nie wszędzie mogły one zostać zrealizowane, nie wszystkim dane było szczęście przeprowadzenia pokojowych przemian. 

Wojny toczą się od zawsze i zapewne to się nie zmieni, ale powinnością dziennikarza jest informowanie o tym ludzkim szaleństwie, którego nie udaje się wyplenić. Krzysztof Miller informował - ale bardziej starał się ukazać los jednostki wrzuconej w wydarzenia dziejowe wbrew jej woli, jak ona sobie poradzi w ekstremalnych warunkach, czy uda się jej wyjść z godnością, gdy świat wali się w gruzy, a zło rozlewa się niczym powódź.

Jego kadry już przeszły do historii – fotografowie pochyleni nad ciałem zabitego uczestnika zamieszek w czasie wyborów w RPA to opowieść o powinności dziennikarza, ale jednocześnie pytanie o jego moralność. Pijany rowerzysta na drodze między Siedlcami a Warszawą to pokazanie słabości ludzkiej, ale również pytanie, gdzie byli ci, którzy pozwolili wyjść mu na drogę. Trójka dzieci Hutu siedzących na brzegach kartonu po pomocy humanitarnej i wypróżniających się do niego - są tak chudzi, że brzegi, na których siedzą, nie uginają się - gdzie my jesteśmy z naszymi tonami wyrzucanego jedzenia? 

Krzysztof Miller nieustannie stawiał pytania swoimi zdjęciami: dokąd doszliśmy jako rodzaj ludzki? Często opowiadał o młodym pokoleniu, o ich poszukiwaniu swojej drogi. Był w Jarocinie, gdzie atakowany brutalnie cały czas robił zdjęcia, bo i tu toczył się spór dobra ze złem. Daleki od wojny jest też reportaż z Przystanku Woodstock, piękny i ciepły obraz młodego pokolenia, pełnego nadziei, żyjącego swobodnie, nieświadomego jeszcze, że czas dorosłości to czas odpowiedzialności i obowiązków. 

Takich historii Krzysztof Miller zrealizował setki; wiele publikował w prasie, wiele przekazał organizacjom wspierającym ludzi będących ofiarami konfliktów. Znał siłę fotografii, choć wiedział też, że współczesny odbiorca odwraca się tyłem do takich zdjęć, by nie zakłócać swojego dobrego samopoczucia. 

Wierzył, że gazeta z jego zdjęciami pozostawiona na stole, biurku, siedzeniu w pociągu będzie atakować oczy, niezależnie od tego, czy się tego chce czy nie, a przekaz zostanie zapisany w pamięci mimo woli i będzie przypominał, że na świecie ciągle i wszędzie toczy się spór dobra ze złem - i że ten spór jest także naszą sprawą. 

Andrzej Zygmuntowicz

fotograf, członek Związku Polskich Artystów Fotografików, wykładowca na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu Warszawskiego oraz w Collegium Civitas

(11.09.2016)

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo