Temat: wolność słowa

Dział: OPINIE

Dodano: Kwiecień 27, 2016

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Nagranie rozmowy Graś-Kulczyk może być dowodem w sprawie o tłumienie krytyki prasowej

Wikot Świetlik (fot. archiwum CMWP)

Ujawniona przez "Tygodnik do Rzeczy" rozmowa Graś-Kulczyk i jej prawdopodobna konsekwencja, czyli "dobrowolne" odejście Grzegorza Jankowskiego, naczelnego "Faktu", ma dwa aspekty. Jeden to ocena polskich polityków, drugi to ocena działania niemieckiego wydawcy i jego redakcji.

Pierwszy aspekt jest dla mnie dość jasny. Człowiek Donalda Tuska, Paweł Graś, planował naciskać, moim zdaniem skutecznie, na niemieckiego wydawcę, żeby ten zwolnił naczelnego, by powstrzymać dziennik od publikowania pewnego rodzaju treści. Osobiście, nie wierzę, że mogło się to odbywać bez wiedzy Donalda Tuska, choć na to oczywiście nie ma dowodów. Nagranie, które ujawniło "Do Rzeczy" może być natomiast dowodem na to, że panowie Graś i Kulczyk złamali art. 44 Prawa prasowego grożący grzywną lub ograniczeniem wolności za tłumienie krytyki prasowej. Kierowane przeze mnie Centrum Monitorningu Wolności Prasy SDP składa w tej sprawie zawiadomienie do prokuratury. Nie oznacza to oczywiście, że uważam, że Donald Tusk czy jego córka, nie mogli w żaden sposób dochodzić swoich praw o ile zostały naruszone. Mogli to zrobić na drodze zwykłego, cywilnego pozwu sądowego, jak było to wcześniej w przypadku Michała Tuska. Mogli też wytoczyć proces karny z art. 212 prawa karnego. Tego drugiego wyjścia nie pochwalam, ale jest ono w Polsce legalne, w przeciwieństwie do politycznych nacisków na wydawców, a nie sądzę, by Jan Kulczyk Fridę Springer przekonywał tylko na piękne oczy.
Drugi aspekt to działanie niemieckiego koncernu. Nie kryję, że ewolucja, którą przeszła polska odnoga tego wydawnictwa bardzo mnie osobiście rozczarowuje, bo sam kierowałem przez dwa lata działem publicystycznym "Faktu" (w latach 2005 - 2007). Były to łamy bardzo otwarte na różne opcje i poglądy. Do stałych komentatorów należeli Łukasz Warzecha, Maciej Rybiński, ale też Janusz Rolicki. Publikowaliśmy polityków od prawa do lewa i niemal wszystkich liczących się publicystów w Polsce. Dział na pewno miał pewien przechył konserwatywny, takie zresztą miałem i mam poglądy, i takie ma Grzegorz Jankowski, ale wyrażało się to przede wszystkim w odredakcyjnych komentarzach. Dziś tak spluralizowany dział opinii, ma już chyba tylko "Super Express", ale jednak trzeba pamiętać, że "Fakt" był wówczas pismem o wiele potężniejszym, któremu zdarzało się sprzedawać ok. miliona egzemplarzy jednego wydania. Bez kadzenia, a szczerze - bardzo dobrze z tego okresu wspominam Grzegorza Jankowskiego, człowieka o dużej charyzmie i fachowości. Oczywiście mówię o moim wycinku, czyli publicystyce. Zależało mu na pluralizmie, a także na "dużych" nazwiskach i tak zresztą było. Do "Faktu" pisali, czy udzielali wywiadów, przywódcy państw i liderzy opinii z całego świata. Nigdy nie zetknąłem się z niczym co mógłbym określić jako nacisk sprokurowany przez stronę niemiecką, ale też byłem zbyt nisko w strukturze by znać te relacje. Oczywiście poza publicystyką był to tabloid, nieraz jak to tabloid, brutalny lub głupi. Choć na tle tego, co dziś wyrabia prasa, także poważna, stare numery „Faktu” są momentami jak pisma dla pensjonarek.
Informacje, które potem do mnie dochodziły z wydawnictwa Axel Springer Polska, były jednak nader pesymistyczne. "Newsweek" atakujący i deprecjonujący polską historię, społeczeństwo, patriotyzm, w różnych jego aspektach. „Newsweek Historia” umieszczający Romana Dmowskiego, jednego z ojców naszej niepodległości w 1918 roku, a zarazem bardzo antyniemieckiego polityka, na liście "najgorszych Polaków". Nawet jeśli działo się to bez inspiracji wydawcy, to szokujące jest, że nikomu nie przeszło przez myśl, iż to się nie godzi, tym bardziej w prasie, o takim kapitale właścicielskim, a nie innym. Coś takiego w "Fakcie" Jankowskiego było niedopuszczalne. Zresztą przywiązywał on bardzo dużą wagę do promocji patriotyzmu, polskości, a z drugiej strony tępił bezwzględnie wszelkiego rodzaju rasizmy, faszyzmy i tym podobne.
Potem wybuchła afera w polskim "Forbesie", opisywana wnikliwie przez "Press", kiedy Ralph Buechi, przewodniczący rady nadzorczej Ringier Axel Springer Polska i szef działu międzynarodowego Axel Springer AG, w skandaliczny sposób naciskał w sprawie tekstu Wojciecha Surmacza i izraelskiego dziennikarza Nissana Tzura "Kadisz za milion dolarów" na temat nieprawidłowości przy reprywatyzacji mienia dawnych wspólnot żydowskich. To dość charakterystyczne, że Surmacz odszedł po tym z "Forbesa" "za porozumieniem stron". Podobnie jak później Jankowski "na własne życzenie". Częstym elementem tego typu rozstań jest klauzula milczenia, czyli zobowiązanie do nie mówienia o powodach "rezygnacji". Taki dokument podpisywali też odchodzący dziennikarze "Newsweeka", gdy przejmował tę gazetę Tomasz Lis. Nie wiem, czy są to standardy, które Axel Springer stosuje również u siebie, czy tylko w Polsce. Jeśli to drugie, to znaczy, że traktuje nas jako państwo postkolonialne, w którym cywilizowane reguły są tylko fasadowe. Jeśli to pierwsze, to tym gorzej.
(fot. archiwum CMWP SDP)

(27.04.2016)

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter
Pressletter

PODOBNE ARTYKUŁY

Ta strona korzysta z plików cookies. Korzystając ze strony bez zmiany ustawień dotyczących cookies w przeglądarce zgadzasz się na zapisywanie ich w pamięci urządzenia. Dodatkowo, korzystając ze strony, akceptujesz klauzulę przetwarzania danych osobowych. Więcej informacji w Regulaminie.