Serwis o mediach i reklamie

O nas Pressletter

Temat: technologie

Dział: WARSZTAT

Dodano: Kwiecień 19, 2016

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Pomocnik piszącego, czyli proste narzędzia edytorskie

Internetowe narzędzia poprawią, ocenią, a na koniec pogratulują autorowi dobrze skrojonego tekstu. A to wszystko szybko, łatwo i przyjemnie. Brzmi niedorzecznie? To jednak prawda. Zapraszam do poznania kilku narzędzi edycyjnych, dzięki którym Twój tekst będzie jaśniejszy, wymodelowany i bez rażących błędów czy literówek

LanguageTool (www.languagetool.org/pl/)

Press

To narzędzie jest zaawansowanym korektorem tekstów. Aplikacja dostępna jest z poziomu przeglądarki internetowej, jako rozszerzenie do darmowego edytora tekstu LibreOffice, a także jako samodzielne oprogramowanie komputerowe. LanguageTool w tej chwili dostępny jest dla 25 języków. Poza wersją polską narzędzie poprawia teksty m.in. w językach: angielskim, hiszpańskim, japońskim, francuskim, niemieckim, rosyjskim. Oprócz korekty językowej – stylistycznej, gramatycznej, ortograficznej – aplikacja doskonale sprawdzi się także do korekty typograficznej. Co więc wyróżnia to narzędzie na tle innych podobnych aplikacji?

Przede wszystkim zaawansowane możliwości korektorskie. LanguageTool ujawnia literówki kontekstowe, które dla większości korektorów są niewidoczne. Oprócz tego poprawia błędy leksykalne, frazeologiczne, składniowe, interpunkcyjne i typograficzne. Aplikacja w tekstach obcojęzycznych wykrywa także tzw. false friends, czyli pary słów w dwóch językach brzmiących tak samo, ale mających inne znaczenie.

Gdy do specjalnego pola wkleimy nasz tekst i wybierzemy język, aplikacja podkreśli znalezione błędy i w odpowiedni sposób je wyróżni. Po kliknięciu w błędny wyraz otrzymamy odpowiedź wyjaśniającą, dlaczego tekst został oznaczony. Pojawi się także lista proponowanych rozwiązań, która pozwoli od razu nanieść poprawki. Po ich zaakceptowaniu po prostu kopiujemy poprawiony tekst, wklejamy do naszego i przyjmujemy gratulacje od redaktora i korektora, że błyskawicznie podniósł się poziom naszego pisania.

Jasnopis (www.jasnopis.pl/)

Press

Są teksty, które czyta się łatwo i przyjemnie. Myśli przelatują po nich sprawnie, a umysł łatwo przyswaja treść. Są też teksty, których czytanie jest udręką. Mozolną wędrówką od słowa do słowa. Wielokrotnie złożone, najeżone enigmatycznymi słowami odrzucają zamiast przyciągać. Z pomocą autorowi przychodzi Jasnopis, narzędzie stworzone w 2015 roku. Pracowała nad nim grupa językoznawców, informatyków i matematyków, a zespołem kierował prof. dr hab. Włodzimierz Gruszczyński z SWPS w Warszawie. Aplikacja pozwala na mierzenie zrozumiałości tekstów napisanych w języku polskim. Narzędzie dzięki specjalnym algorytmom ocenia poziom skomplikowania artykułów w 7-stopniowej skali. Poziom pierwszy oznacza tekst dziecinnie prosty. Jak czytamy w instrukcji obsługi, orientacyjnie wymagane wykształcenie osoby na tym poziomie to szkoła podstawowa, klasy 1–3. Każdy następny poziom podnosi teoretycznie wymagane wykształcenie. Poziom siódmy, według instrukcji, skierowany jest do fachowców oraz osób posiadających wiedzę specjalistyczną. Orientacyjnie wymagane wykształcenie siódmego poziomu to doktorat lub specjalizacja w danej dziedzinie.

By skorzystać z usługi, wystarczy wejść na stronę narzędzia i wybrać źródło dokumentu, który chcemy analizować. Możemy to zrobić na trzy sposoby. Pierwszym z nich jest wprowadzenie tekstu do wydzielonego pola tekstowego, czyli standardowe kopiuj-wklej. Druga możliwość to analiza tekstu strony WWW. W tym przypadku kopiujemy link strony i wklejamy do wydzielonego okienka. Narzędzie pobierze artykuł i go przeanalizuje. Trzecia możliwość to załadowanie tekstu z komputera użytkownika. Po wybraniu źródła i kliknięciu przycisku „analizuj” narzędzie rozpocznie sprawdzanie tekstu. Po kilku sekundach aplikacja oceni poziom jego trudności, a także fragmenty, które mogą być niezrozumiałe dla czytelnika. Jasnopis od razu podsuwa wskazówki dotyczące poszczególnych fragmentów tekstu, dzięki czemu wiemy, które słowa lub zdania mogą wymagać poprawy. Legenda, która wyświetla się w analizie, podpowie nam, dlaczego uzyskaliśmy taki, a nie inny poziom.

Użytkownicy mogą także zajrzeć do zaawansowanych statystyk. Odnajdziemy tam więcej szczegółowych informacji. Dotyczą np. wskaźnika mglistości. Mówi on o tym, ile lat należy uczyć się w szkole, aby zrozumieć dany tekst. Jasnopis analizuje go na podstawie wzoru matematycznego, biorąc pod uwagę długość zdania i trudność zawartych w nim słów. Narzędzie przedstawi nam także liczby dotyczące wykorzystania części mowy w tekście, a także inne statystyki, jak np. średnia długość słów czy liczba zdań.

To jednak nadal nie wszystkie możliwości. Jasnopis potrafi dużo więcej. Aplikacja naprawdę zadowoli wymagających literackich purystów. Wystarczy, że wejdziemy do ustawień zaawansowanych i wybierzemy jedną z dostępnych opcji dodatkowych. Jeszcze przed analizą możemy np. podać wiek przewidywanego odbiorcy artykułu. Narzędzie przeanalizuje go wtedy pod kątem zrozumienia dla czytelnika w konkretnym wieku. We wnętrzu aplikacji możemy zobaczyć różne typy przetwarzania informacji. Na przykład po wybraniu „Gryf podobieństwa” narzędzie podpowie nam, do jakiego rodzaju dokumentu podobny jest tekst. Jak jednak wskazują autorzy aplikacji, Jasnopis nie nada się do sprawdzania tekstów artystycznych. Wiadomo, te wymykają się jakimkolwiek regułom. Z powodzeniem z tego narzędzia mogą korzystać dziennikarze oraz osoby, którym zależy na jasności przekazu. Dla nich Jasnopis może okazać się bezcennym narzędziem analitycznym. Niniejszy rozdział sprawdzony Jasnopisem uzyskał 5 punktów na 7-stopniowej skali trudności. Jasnopis zaznaczył mi miejsca z fragmentami wyraźnie trudniejszymi od reszty tekstu, wskazał na bardzo długie zdania i trudne słowa, a potem wydał końcową ocenę: „Tekst trudniejszy, zrozumiały dla ludzi wykształconych”. Jeśli więc dotarłeś tutaj, Drogi Czytelniku, to wiedz, że zdaniem twórców narzędzia należysz do ludzi wykształconych.

Zecerka (www.zecerka.pl/)

Press

Kolejnym narzędziem, które może okazać się pomocne w przygotowaniu tekstu, jest Zecerka. Aplikacja wciąż się rozwija, ale już teraz posiada wiele cennych funkcjonalności. Do czego służy? Do korekty i retuszu typograficznego, tzn. prawidłowego ułożenia tekstu. Aplikacja po wprowadzeniu ustawień ułoży tekst zgodnie z polskimi zasadami korektorskimi i typograficznymi, m.in. przeniesie spójniki do nowej linii, a także wyjustuje tekst.

Korzystanie z narzędzia jest intuicyjne. Na początku wklejamy nasz tekst do pola edycyjnego aplikacji. Zecerka posiada prosty edytor tekstu, który ma większość podstawowych funkcji popularnych edytorów. Po wklejeniu artykułu przechodzimy do kolejnego punktu, tzn. ustawienia funkcji. Twórcy narzędzia pogrupowali je w ramach czterech okienek: dziel wyrazy, końce wierszy, częste błędy i funkcje dodatkowe.

W przypadku pierwszego okna decydujemy, jak aplikacja ma dzielić wyrazy. W tym miejscu zaznaczamy, jaką długość minimalną mają mieć dzielone wyrazy, tzn. z ilu liter składać się będzie pierwszy i ostatni człon słowa. Dodatkowo możemy ustawić minimalną długość dzielonego wyrazu, a także zezwolić na dzielenie wyrazów zapisanych wersalikami. Drugie okno Zecerki odpowiada za końce wierszy. Jeżeli na końcu wersu pojawi się np. przyimek, aplikacja przeniesie go do nowej linii. To samo zrobi, jeżeli na końcu wersu znajdzie się skrót np. itp., itd. Trzecie okno odpowiada za korektę błędów. W tym miejscu znajduje się zestaw często popełnianych błędów, wśród nich m.in. format zapisu cen, email na e-mail czy zamiana dwukropka na kropkę w zapisie godzinowym. Łącznie w ramach trzeciego okna możemy wybrać 13 opcji poprawy tekstu. Ostatnie, czwarte okno zawiera jedynie dwie funkcje. Usuwa formatowanie i HTML oraz po zaznaczeniu odpowiedniego pola usunie polskie znaki. Zecerka ma domyślnie zaznaczone wszystkie opcje poprawy tekstu. Jeżeli chcemy wybrać sami nasze zasady adiustacji artykułu, musimy je zaznaczyć w odpowiednich polach. Jeśli tego nie zrobimy, aplikacja weźmie pod uwagę ustawienia domyślne.

Po wprowadzeniu wszystkich ustawień klikamy przycisk „Popraw”. Aplikacja automatycznie naniesie zaznaczone wcześniej wytyczne i zgodnie z nimi poprawi tekst, przenosząc nas do nowego okna edycyjnego. W tym miejscu możemy podejrzeć wersję HTML poprawionego tekstu, a także po kliknięciu w „Zmiany” zobaczyć, które miejsca zostały poddane korekcie. Poniżej tego okna znajdziemy pełny raport Zecerki. Zobaczymy w nim statystyki dotyczące poprawionego tekstu. Dla bardziej dociekliwych twórcy narzędzia przewidzieli miejsce, gdzie możemy się dowiedzieć więcej o zasadach pisowni, którymi kieruje się Zecerka. Znajdziemy tu wyjaśnienie dotyczące poszczególnych funkcji programu.

Na koniec wystarczy skopiować tekst za pomocą przycisku „Zaznacz tekst”. Uwaga, w niektórych edytorach po skopiowaniu poprawionego tekstu mogą pojawić się szare odstępy pomiędzy słowami. Te szare prostokąty (lub strzałki) to znaki niedrukowalne, które nie będą widoczne na papierze. Możemy to sprawdzić poprzez uruchomienie podglądu drukowania. Nie trzeba się więc nimi przejmować, choć tekst z nimi nie wygląda zbyt zachęcająco. Jeżeli szare prostokąty bardzo Wam przeszkadzają, możecie sprawić, aby zniknęły. Wystarczy wejść do ustawień swojego edytora tekstu i wyłączyć cieniowanie pól oraz znaki niedrukowalne w polu „Widok”.

Synonimy.pl

Press

Gdy Ci słowa zabraknie” to słownik synonimów stworzony przez Wojciecha Broniarka. Pierwsze wydanie ukazało się w 2005 roku i zawierało ponad 42 tys. haseł zapisanych na ok. 1200 stronach. Dziś całą tę wiedzę odnaleźć możemy także w Internecie, a to za sprawą elektronicznego odpowiednika słownika – Synonimy.pl. Narzędzie jest niezwykle pomocne dla wszystkich osób zajmujących się pisaniem. Wieloletnia systematyczna i cierpliwa praca autora przyczyniła się do stworzenia dzieła niezwykłego i wciąż uzupełnianego nowymi hasłami.

Synonimy.pl to ogromna baza nie tylko słów aktualnych, ale także historyzmów, słów dawnych oraz wulgaryzmów. Każde hasło zostało indywidualnie opracowane i rozróżnione wedle swojego znaczenia. Sprawia to, że wybór synonimów zawartych w tym dziele jest naprawdę imponujący. Jak podaje autor, dla słowa „szybko” znalazł ich 75, a do przymiotnika „ostry” – 121. Aby rozpocząć korzystanie z tej aplikacji, wystarczy wejść na stronę internetową Synonimy.pl lub ściągnąć aplikację na telefon. Słownik synonimów jest dostępny dla telefonów z systemami Android, iOS oraz Windows Phone. Po wejściu na stronę internetową wpisujemy słowo, dla którego synonimu szukamy, a narzędzie poda nam listę słów bliskoznacznych. Przy niektórych hasłach mogą wystąpić skróty i symbole, które systematyzują i charakteryzują wyszukane słowa.

Hemingway App (www.hemingwayapp.com/)

Press

Anglojęzycznym odpowiednikiem narzędzia Jasnopis jest aplikacja Hemingway. Narzędzie dostępne on-line oraz jako wersja instalacyjna na komputery z systemem Windows i Mac. W wersji internetowej jest darmowa, użytkownik płaci, tylko gdy ściąga wersję na swój komputer. Nie wiąże się to jednak z wielkimi kosztami. Za możliwość korzystania z aplikacji z dowolnego miejsca, bez potrzeby poszukiwania Internetu musimy zapłacić jednorazowo 10 dol.

Narzędzie stworzone przez Adama i Bena Longów, podobnie jak Jasnopis, służy do upraszczania tekstów napisanych w języku angielskim.

Na początku wklejamy swój tekst do edytora. Narzędzie, oprócz standardowych funkcjonalności edycyjnych, pozwala na wyróżnienie tekstu trzema różnymi śródtytułami. Po wprowadzeniu zawartości aplikacja zaznaczy elementy teks-tu, które mogą sprawić trudność czytelnikowi. Będą to m.in. trudne słowa lub zbyt długie zdania. Aplikacja nie powie nam, jak te błędy poprawić. Zaznaczy jedynie miejsca, które mogą być niejasne.

Podobnie jak w przypadku aplikacji Jasnopis, Hemingway App także klasyfikuje teksty pod względem ich przejrzystości. Ta funkcjonalność została przedstawiona w postaci trójkolorowej podziałki z kolorowymi kwadratami. Tekst mieszczący się w zielonej skali jest prosty i zrozumiały. Czerwona skala oznacza wysoki poziom skomplikowania. Poniżej skali znajdują się dodatkowe opcje, które po rozwinięciu pokażą statystyki tekstu. Aplikacja pokaże nam proste dane, takie jak liczba znaków, słów i akapitów. Hemingway App przedstawi nam również szacowany czas potrzebny do przeczytania poprawionego tekstu. Ostatnim elementem narzędzia jest pięć kolorowych boksów. Prezentują składniki tekstu, na które powinniśmy zwrócić szczególną uwagę. Narzędzie odpowiednimi kolorami zaznaczy trudniejsze fragmenty. W aplikacji Hemingway zmiany możemy wprowadzać na bieżąco, a narzędzie znak po znaku będzie dokonywało analizy. Po poprawieniu artykułu wystarczy go skopiować i voilà, tekst uleczony.

Orwell App (www.orwellapp.com)

Press

Podobnie jak Jasnopis oraz Hemingway App aplikacja przeznaczona jest do analizy tekstu pod względem przejrzystości, choć tylko w języku angielskim. Ma słabiej rozbudowane menu, dostępne jedynie z poziomu przeglądarki internetowej. Mimo wszystko Orwell App dobrze radzi sobie z analizą artykułu. Narzędzie po wprowadzeniu tekstu zaznaczy zdania i słowa, które mogą sprawić trudność czytelnikowi. Podobnie jak Jasnopis i Hemingway App aplikacja podaje na skali stopień trudności tekstu oraz jego podstawowe statystyki, m.in. liczbę słów, akapitów i czas czytania.

Przy pierwszym kontakcie wydaje się, że aplikacja Orwell App nie oferuje swoim użytkownikom dodatkowych funkcjonalności jak np. Hemingway App. To jednak tylko pozory. Po przyjrzeniu się oknu aplikacji w prawym dolnym rogu edytora znajdziemy napis Markdown. Oznacza on, że aplikacja obsługuje język znaczników przeznaczony do formatowania tekstu. Zadaniem tego komputerowego języka jest jak najprostsze i efektywne formatowanie tekstu pod angielskie strony internetowe.

Dodatkowo Orwell App pozwala na wysłanie analizowanego tekstu e-mailem. Użytkownik po wprowadzeniu swojego adresu e-mailowego otrzyma go na skrzynkę odbiorczą w trzech wersjach. Pierwsza z nich to standardowy dokument tekstowy, druga to dokument w wersji HTML, trzecia wersja to Markdown.

Writer’s Block (www.writersblock.io)

Press

Co zrobić, kiedy nie jesteśmy w stanie zebrać myśli, czujemy się rozproszeni, a pisanie idzie nam z wielkim trudem? Czy pozostaje nam załamać ręce, pogodzić się z gorszym dniem i powrócić do mitrężenia czasu w internetowym śmietniku? Z pomocą przychodzi wtedy narzędzie Writer’s Block, które rozwiąże problem braku skupienia podczas pisania.

Ta aplikacja została stworzona, byś zabrał się do roboty. Patrzy Ci na ręce i pilnuje, byś pracował. Writer’s Block to narzędzie desktopowe, które ściągamy na swój komputer. Aplikacja nie wymaga instalacji, dlatego po pobraniu możemy od razu uruchomić program. Na początku Writer’s Block zapyta nas o to, w jakim trybie chcemy pracować. Do wyboru mamy dwie główne możliwości. W pierwszym trybie musimy wpisać liczbę słów, którą deklarujemy napisać. W drugim trybie aplikacja zapyta nas, jak długo chcemy pisać. Gdy chcemy w końcu coś napisać, ponieważ zbliżające się terminy nie dają nam spokoju, wybieramy pierwszą lub drugą opcję. I od teraz, Drogi Czytelniku, jesteś zakładnikiem tej aplikacji. Albo napiszesz zadeklarowaną liczbę znaków lub odsiedzisz swoje, albo pożegnaj się z Fejsbuczkiem, Twitterem i innymi pochłaniaczami czasu. Nie pomogą żadne litanie. Z pomocą nie przyjdą też magiczne skróty klawiszy. Zapomnij o alt + F4 albo ctrl + alt+ delete. Od teraz jesteś tylko Ty i niekończąca się biała strona uruchomiona w trybie pełnoekranowym. Narzędzie odblokuje komputer na inne aktywności dopiero po zrealizowaniu zadeklarowanej przysięgi. Stopień realizacji tekstu możemy sprawdzić, najeżdżając kursorem na napis Writer’s Block. Poniżej napisu widoczna jest również niebieska linia, która na bieżąco informuje nas o stopniu realizacji celu. Dodatkowo w lewym dolnym rogu ekranu znajduje się niewielki trójkąt, który po kliknięciu pokaże zegar oraz kilka dodatkowych funkcji programu. Aplikacja jest darmowa, posiada jednak kilka dodatkowych funkcji w wersji pro, jej koszt to 10 dol. W wersji płatnej dostajemy kilka ciekawych możliwości. Możemy np. zablokować klawisze backspace, delete lub strzałki klawiatury. Na szczęście w płatnej wersji Writer’s Block nie jest jedynie bezlitosnym oprogramowaniem. Za 10 dol. miesięcznie możemy uruchomić w tle dźwięk deszczu lub gwaru kawiarni. Wszystko po to, aby pisało się nam sprawniej.

Po zrealizowaniu zadeklarowanego celu aplikacja pozwoli nam wyjść z programu i zapisać tekst. W tym celu klikamy przycisk Save & exit. Co ważne, w przypadku zawieszenia się komputera w trakcie pracy nie utracimy tego, co napisaliśmy. Aplikacja co 10 sekund prewencyjnie zapisuje wszystko, co napiszemy. Nam zostaje tylko pisać.

Tekst był publikowany w magazynie Press (03/2016)

(19.04.2016)

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

PODOBNE ARTYKUŁY

Temat: technologie

Dział: WARSZTAT

Dodano: Maj 07, 2016

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Warsztat dziennikarza dociekliwego

Piotr Pytlakowski (fot. Piotr Król/Press)

Każdy z nas jest po trosze dziennikarzem śledczym, chociaż ja wolę określenie: dziennikarstwo dociekliwe.

Szanowna Redakcjo!
Z nieznanych powodów zwróciłaś się do mnie, bym napisał o swoim warsztacie dziennikarskim. Chcesz wiedzieć, kim jestem w tej profesji, po co to robię i jakich używam w pracy narzędzi. Zasypałaś mnie gradem pytań – abym miał łatwiej. No to muszę przyznać, że ułatwienie okazało się utrudnieniem, bo nie mam pojęcia, jak odpowiedzieć na większość kwestii, a już szczególnie na pytanie, które stawiasz na wstępie: jakim dziennikarzem jestem?

Skoro nie chcę uchodzić za dziennikarza śledczego, to kim jestem? Może dziennikarzem kryminalnym? Jest takie dziennikarstwo? Po co ono komu? Ma jakieś przesłanie? I przekonujesz, że panuje taki oto pogląd na moją robotę, iż wystarczy mieć znajomych w policji i prokuraturze, a newsy same przychodzą. Wydaje ci się, że łażę po komendach, gdzie ulokowana jest, jak piszesz, potężna siatka moich znajomych i dostaję tematy. Mam wrażenie, że cytowany pogląd to nie powszechna opinia, ale wyłącznie twoja, Szanowna Branżowa Redakcjo.

Wyjaśniam. Nie jestem dziennikarzem śledczym ani kryminalnym, cokolwiek by to nie znaczyło. Nie jestem dziennikarzem sportowym ani recenzentem literackim; nie jestem też publicystą politycznym ani reporterem społecznym. Co prawda zostałem nagrodzony Polskim Pulitzerem w kategorii Dziennikarstwo śledcze (pierwsza nazwa nagród Grand Press – przyp. red.), pisuję teksty na tematy kryminalne, zdarza mi się pisać też o sporcie i komentować sprawy polityczne. A kiedy jeździłem do oblężonego Sarajewa, pisałem stamtąd reportaże wojenne. I co z tego wynika?

Dopókiś ciekawy

Dziennikarstwo to nie jest etykietka raz na zawsze przyklejona do człowieka. Niezmiennie śmieszą mnie ogłaszane przez niektórych kolegów deklaracje, że są dziennikarzami śledczymi, korespondentami wojennymi albo reporterami literackimi (nie zmyślam, spotkałem się też z taką autoreklamą). To jasne, że każdy potrzebuje dowartościowania, ale namawiam do umiaru w kreowaniu siebie samego. Dziennikarz bez etykietki nie jest ani lepszy, ani gorszy od innych. Sprawy trzeba stawiać uczciwie. Ta praca polega na informowaniu. Zdobyciu jakiejś, najlepiej ekskluzywnej, wiadomości i przekazaniu jej w miarę możliwości w atrakcyjnej formie czytelnikowi, słuchaczowi lub telewidzowi. W tym sensie każdy z nas jest po trosze dziennikarzem śledczym, chociaż ja wolę określenie: dziennikarstwo dociekliwe.

Nie mam armii znajomych (czytaj: informatorów) na komendach policji i w prokuraturach. Bywam tam rzadko, podobnie jak na konferencjach prasowych. Dla dziennikarza pracującego w tygodniku konferencje to przeważnie strata czasu i daremny trud, bo wiedza, którą tam uzyska, zostanie wcześniej skonsumowana przez gazety codzienne i media elektroniczne. Nawet jeżeli sam zada jakieś pytania o interesujące go kwestie, odpowiedzi zasilą gazetowe newsy.

Pytasz, czy pracując tyle lat, oceniam, że teraz jest trudniej wygrzebać jakiś fajny temat. Nie ma żadnej różnicy kiedyś czy teraz. Różnica tkwi w człowieku. Jako początkujący reporter byłem na spotkaniu ze Stefanem Kozickim, świetnym reportażystą, niesłusznie dzisiaj nieco zapomnianym. Był dokładnie w tym wieku, w jakim ja jestem dzisiaj. Opowiadał o rutynie, której poczucie zabija przyjemność czerpaną z dziennikarstwa. „Szósta rano, dzwoni budzik, muszę wstać, pędzić na dworzec i jechać do Szczecina” – mówił. „Pada deszcz, jest szaro i panuje ziąb. Cholernie mi się nie chce jechać do tego Szczecina, aby spotkać się z facetem (dzisiaj byśmy powiedzieli: informatorem), który coś mi opowie, a ja z góry wiem co, słowo w słowo. Ale mimo to jadę, bo wciąż jestem ciekawy innego człowieka”.

No więc ja też mimo wszystko jadę, chociaż z góry mniej więcej wiem, co usłyszę. Dziennikarstwo to taki fach, który należy wykonywać do momentu, kiedy człowiek jest nadal ciekawy, co mu rozmówca opowie, choćby było to z góry wiadome. Tracisz ciekawość – zmień zawód, tu już nic po tobie.

Wiedzieć, jacy oni są

Od lat penetruję środowiska przestępcze, co nie znaczy, że uważam się za dziennikarza kryminalnego. Możecie mi wierzyć: rozpoznając i opisując ten podziemny świat, trudno wpaść w rutynę i stracić ciekawość. Lecz pytany, jakich używam szczególnych narzędzi dziennikarskich i osobliwego warsztatu w tej robocie, odpowiadam: długopisu, notatnika i dyktafonu. Z warsztatem jest trochę więcej komplikacji. Warsztatem każdego z dziennikarzy jest jego osobiste doświadczenie. Trzeba trochę lat pracy i spojrzenia z głębszej perspektywy, by uniknąć pewnych niebezpieczeństw, na które narażony jest każdy dziennikarz zajmujący się podobną tematyką.

Pierwsza rafa to widzenie czarno-białe. Albo dobro, albo zło – nic pośredniego. Tak nie ma, świat jest bardziej skomplikowany. Gangsterzy, z którymi rozmawiam i których opisuję w moim tygodniku i w książkach, to nie potwory w ludzkiej skórze, choć i takich można spotkać, ale często zagubieni ludzie, którzy poszli niewłaściwą drogą. Nie należy im współczuć, ale warto próbować zrozumieć. Kiedy zapytano mnie, dlaczego z nimi rozmawiam, odpowiedziałem, że dlatego, iż chcę wiedzieć, jacy są i dlaczego dokonali takich, a nie innych życiowych wyborów. Z tego samego powodu rozmawiałem z seryjnym zabójcą na tle seksualnym Mariuszem Trynkiewiczem, który zamordował czterech chłopców. Przyznam się, że rozmawiając z nim, z trudem hamowałem złe emocje. Wcześniej spędziłem kilka dni w Piotrkowie Trybunalskim, rozmawiając z rodzicami jego ofiar. Im więcej czułem dla nich empatii, tym mocniej nienawidziłem Trynkiewicza. Do dzisiaj to się nie zmieniło.

Trynkiewicz to jedyny bohater moich reporterskich dociekań, do którego żywię tyle negatywnych uczuć. Dziennikarz nie powinien angażować własnych emocji, bo zatraca obiektywizm, ale w tym jedynym przypadku nie potrafiłem i nadal nie potrafię wyzwolić się z tak subiektywnego zaangażowania. Czasem to się zdarza. Przyznam, że moi gangsterscy rozmówcy to przy tym zabójcy z Piotrkowa całkiem sympatyczne postacie. Mają wiele wad, ale i pewne zalety.

Znów z pewną przyganą pytasz mnie, Branżowa Redakcjo: „Nie miałeś problemu, że po prostu promujesz takiego Masę?”. Rozmowy z Masą nie miały nic wspólnego z jego promocją. To był czas, gdy niewielu dziennikarzy miało z nim kontakt. Przekazywał ekskluzywne informacje, które trudno było zweryfikować. Kilkoro dziennikarzy przegrało potem procesy wytoczone przez osoby pomówione przez Masę. Ja sam ledwo uniknąłem procesu z byłym komendantem głównym policji, o którym Masa twierdził, że stał u niego w dyskotece w Bytomiu na bramce. Zrozumiałem wtedy, że chociaż dla prokuratury Masa był cennym nabytkiem jako świadek koronny, zdarza mu się mijać z prawdą. Od tej pory starałem się trzymać od gościa z daleka. À propos promocji tego człowieka: właśnie trafia do księgarń moja książka „Mój agent Masa”, w której ujawniam rzeczy bardzo dla niego niewygodne. O szczegółach tutaj nie będę się rozwodził, ale zaręczam, że treść tej książki to przeciwieństwo zarzucanej mi promocji gangstera.

Informatorów uspokajam

Gangsterami zacząłem się zajmować w połowie lat 90., pracując w „Życiu Warszawy”. Akurat trwała w stolicy wojna gangów, były ofiary i lała się krew. Stworzyliśmy w redakcji grupę antymafijną z Anką Kacperską, Pawłem Ludwickim i Bogną Świątkowską (później naczelną „Machiny”). Na szefa tego minizespołu wskazał mnie ówczesny sekretarz redakcji Bronek Wildstein. Wchodziliśmy w świat nieznany, ale stawaliśmy dzielnie, zwłaszcza obie dziewczyny, Anka i Bogna. Któregoś dnia do redakcji wkroczyło trzech facetów w dresach. Akurat piłem kawę z Wildsteinem, kiedy jeden z nich oświadczył, że szukają niejakiego Pytlakowskiego, który w artykułach nazywa Dziada bossem Wołomina. Rozpoznałem w tym gościu w dresach Dziada we własnej osobie i przyznam szczerze, nie miałem wielkiej ochoty na ujawnienie się, ale Bronek, osoba już wówczas bardzo pryncypialna, spojrzał na mnie wymownie. Co było robić, przedstawiłem się Dziadowi.

Ten, początkowo łypiący groźnie spode łba, nagle się rozchmurzył i całkiem przyjaźnie poinformował, że ktoś mnie wprowadza w błąd, bo on nie jest żadnym wołomińskim bossem, ale po prostu obrońcą sąsiadów z Ząbek. Tak zawarłem znajomość z osławionym Dziadem. Byłem potem u niego w domu, przypominającym twierdzę warowną, bo akurat trwała wymiana ognia między Pruszkowem a Wołominem, i nie tylko ja uważałem Dziada za lidera gangu z prawej strony Wisły.

Później rozmawiałem z wieloma mafiosami z gangsterskiej czołówki. Z Warszawy, Pruszkowa, Wołomina, Wrocławia, Poznania, Krakowa czy z Gdańska. Niektórzy, tak jak Dziad, pierwsi nawiązywali kontakt, innych szukałem po więzieniach, gdzie odbywali wyroki. Po co rozmawiam z przestępcami? A jak inaczej stworzyć mapę polskich gangów, scharakteryzować bossów, jak opisać ten tajemny i groźny świat? Wyłącznie na podstawie policyjnych komunikatów i aktów oskarżenia się nie da, bo nie zajmowałem się prowadzeniem kroniki kryminalnej, tylko diagnozowałem niebezpieczne i hermetyczne środowisko polskiej mafii. Czynię to do dzisiaj, chociaż świat przestępczy w kształcie z lat 90. już nie istnieje. Oni się zmienili, zmieniło się otoczenie, ale przestępczość nadal ma się dobrze, chociaż gangi działają dzisiaj inaczej.

Zawsze pojawia się pytanie, czy coś mi groziło, kiedy nadepnąłem któremuś z mafiosów za mocno na odcisk? Nawet gdyby tak było, nie chwaliłbym się tym publicznie, bo po pierwsze, to żaden powód do chwały, a po drugie, po co prowokować los. Dziesięć lat temu wyniosłem się z Warszawy na wieś i żaden z moich gangsterskich informatorów ani żaden z wrogów nie wie, gdzie mieszkam. Czuję się bezpiecznie.

Bezpiecznie mogą się czuć także moi informatorzy, bo nigdy ich nie ujawnię, chyba że sami sobie tego życzą. Dziennikarz musi być całkowicie lojalny wobec osób, które obdarzają go zaufaniem – to chyba jasne dla każdego z nas. Zdarzają się sytuacje, kiedy wzywa mnie prokuratura i pyta o źródło informacji. To zwykle stały schemat: ja odpowiadam, że zgodnie z prawem prasowym nie ujawnię źródła, a prokurator odnotowuje to dla porządku i na tym przesłuchanie się kończy. Ale zdarzały się próby dociskania, a nawet straszenia zagrożeniem karnym z powodu ukrywania danych osoby, która mnie informowała. Korzystam więc tu z okazji i doradzam młodym dziennikarzom, by nigdy, przenigdy nie szli z prokuratorem na układy. Tajemnica dziennikarskiego informatora jest po prostu święta, podobnie jak zasada, że jeżeli rozmówca powierzy nam swoje wrażliwe dane, nie możemy ich nikomu zdradzić.

Kiedyś jedna z prokuratur w zachodniej Polsce oskarżyła pewnego policjanta, że zdradził mi tajemnicę służbową. Twierdzili, że w artykule, który napisałem, użyłem wiedzy pochodzącej z poufnego raportu, przekazanego mi właśnie przez tego funkcjonariusza. Wezwano mnie w charakterze świadka na sprawę sądową, którą prowadził pewien młody sędzia. Prokurator najpierw dopytywał o moje kontakty z oskarżonym policjantem, a potem przedstawił swój kluczowy dowód – nagranie rozmowy telefonicznej między mną a policjantem. Nie rozmawialiśmy o raporcie. Po prostu umawialiśmy się na spotkanie. Według prokuratora to była poważna poszlaka, że to policjant był moim informatorem. Młody sędzia okazał się, nazwijmy to wprost, mądrym człowiekiem. Odrzucił dowód z podsłuchu. Stwierdził, że prokuratura, podsłuchując rozmowę funkcjonariusza z dziennikarzem, naruszyła wolność mediów. Na koniec uniewinnił policjanta. Byłem tą postawą sędziego naprawdę zbudowany. On doskonale zrozumiał, że mój artykuł nie był napisany dla sensacji, tylko w interesie społecznym. Policjant nie ujawnił mi tego raportu, ale nawet gdyby tak było, nie narażałoby to na szwank interesów państwa polskiego.

Nie dla nagród

Na koniec, Szanowna Branżowa Redakcjo, pytasz żartobliwie, jaki jest ze mnie, czy z mojego dziennikarstwa, pożytek dla odbiorców. A jaki ma być? Oczywiście nie mam pojęcia. Dostałem kilka nagród dziennikarskich, chociaż nie ścigam się o nie, bo nie nagrodami oblicza się coś, co nazwałaś pożytkiem. Żaden z moich nagrodzonych czy nominowanych do nagród tekstów nie jest dla mnie powodem do jakiejś szczególnej chwały.

Opowiem ci starą historię, która zdarzyła mi się w pierwszej połowie lat 90. Jeżeli szukam w pamięci jakiegoś pożytku z mojego dziennikarstwa, przychodzi mi na myśl właśnie ta opowieść.

Jechałem wraz z innymi dziennikarzami w konwoju humanitarnym do oblężonego przez bośniackich Serbów Sarajewa. Traktowaliśmy to jako przygodę i taka panowała wśród nas atmosfera. W autobusie prasowym jechał trzymający się na uboczu starszy pan. Miał bodajże 75 lat i przedstawiono go nam jako zapasowego kierowcę. Szczerze mówiąc, od początku podróży intrygował mnie. Długo nie mogłem sprowokować go do wyjawienia tajemnicy, po co pcha się w tak niebezpieczny rejon. W końcu lody pękły i pan Gustaw, bo tak miał na imię, opowiedział, że jedzie szukać swojej siostry Karoliny. Przed laty wyszła za mąż za Omera, Bośniaka. Mieszkali w domku w dzielnicy willowej na wzgórzu nieopodal Stadionu Olimpijskiego. To miejsce było nieustannie ostrzeliwane przez Serbów. Od początku wojny w Bośni Karolina i Omer nie dali znaku życia. Dlatego Gustaw, emerytowany wojskowy, ruszył na wojnę, aby sprawdzić, czy jego siostra i szwagier żyją.

Od tej pory już nieustannie towarzyszyłem Gustawowi. Zafascynowała mnie jego opowieść i chciałem na własne oczy zobaczyć, jak odszukuje siostrę. Po dotarciu do Sarajewa wynajęliśmy jakiś samochód i leżąc na podłodze, bo tak nam nakazał kierowca, by nie paść ofiarą snajpera, pojechaliśmy pod właściwy adres. Karolinę i Omera znaleźliśmy w garażu. Od kilku miesięcy mieszkali w nim jak w prowizorycznym schronie, kryjąc się przed bombardowaniem. Sypiali w samochodzie marki Yugo, głodowali, a Omer ciężko chorował. Niesamowita była scena powitania Gustawa z siostrą i szwagrem. Nie mogli uwierzyć, że Gucio, jak go nazywała Karolina, przyjechał na wojnę, by ich odbić.

Błagali nas, abyśmy zabrali ich z naszym konwojem, lecz to nie było możliwe. Serbowie w licznych punktach kontrolnych dokładnie sprawdzali każdy pojazd; gdyby znaleźli osoby niewpisane w dokumenty, mogłoby dojść do tragedii. Karolina płakała zrozpaczona, a ja pod wpływem emocji złożyłem przyrzeczenie, że nie spocznę, aż wyciągnę ich z oblężonego miasta. Problem polegał na tym, że Karolina od lat nie miała już polskiego paszportu, była obywatelką Jugosławii.

Po powrocie do Warszawy ruszyliśmy z Gustawem do wszystkich możliwych urzędów, by kogoś zainteresować dramatem Polki i jej bośniackiego męża. Najpierw odbijaliśmy się od ściany obojętności, ale w końcu przyjął nas dyrektor departamentu spraw obywatelskich resortu spraw wewnętrznych. Obiecał pomoc. Podobnie jak ówczesny rzecznik MSZ Grzegorz Dziemidowicz. Dołączali kolejni. Karolinie wyrobiono zaocznie polski paszport. Do Sarajewa przewiózł go polski konsul z Zagrzebia. Pojechał w przebraniu, bo nie miał uprawnień, by przekroczyć granicę kontrolowaną przez Serbów. Po miesiącu Karolina była już w Warszawie, a niebawem ściągnięto także, na zasadzie łączenia rodzin, Omera. Burmistrz Żoliborza przekazał im klucze do przytulnej kawalerki w czynszowej kamienicy, a Ikea ufundowała wyposażenie do tego mieszkania.

To niesamowite, jak łatwo udało się stworzyć łańcuch dobrej woli złożony ze wspaniałych osób, pełnych serca dla bliźnich. Tę historię opisałem w 1993 roku w „Gazecie Wyborczej”. I do dzisiaj uważam, że to mój największy dziennikarski sukces.

Jeżeli, Szanowna Redakcjo, pytasz o pożytki z mojego dziennikarstwa, to właśnie jest odpowiedź.

Piotr Pytlakowski

Dziennikarz „Polityki” od 1997 roku, autor i współautor 12 książek, licznych reportaży telewizyjnych i filmów dokumentalnych. Jako reporter pracował w „Nowej Wsi”, „Przeglądzie Tygodniowym”, „Spotkaniach”, „Gazecie Wyborczej”, „Życiu Warszawy” i „Życiu”. Współautor scenariusza serialu „Odwróceni” i cyklu telewizyjnego „Alfabet mafii”. Zanim został dziennikarzem, pracował m.in. jako sanitariusz w szpitalu, maszynista sceny w Teatrze Wielkim, konduktor w wagonach sypialnych i instruktor kulturalno-oświatowy w domu kultury

(07.05.2016)

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo