Serwis o mediach i reklamie

O nas Pressletter

Dział: WARSZTAT

Dodano: Luty 17, 2016

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Warsztat Marcina Zaborskiego

Marcin Zaborski (fot. Piotr Król/Press)

"Staram się dowiedzieć, czy polityk głosi swoje hasła, bo naprawdę w nie wierzy, czy też robi to z czystego wyrachowania"

Polityką interesuję się, odkąd pamiętam. Nieprzypadkowo zostałem politologiem i to doświadczenie nierzadko pomaga mi w studiu radiowym. Usilnie staram się przekonywać słuchaczy, że rozmowy z politykami mogą być merytoryczne, że nie muszą być „walką kogutów”, jak napisał kiedyś Tomasz Sekielski. Nie twierdzę, że zawsze udaje mi się od dziobów kogutów uciec, ale próbuję.

Celem każdej porannej rozmowy jest dla mnie nie tylko zdobycie komentarza do tego, co się wydarzyło albo dopiero się wydarzy. Przede wszystkim staram się dowiedzieć, czy polityk głosi swoje hasła, bo naprawdę w nie wierzy, czy też robi to z czystego wyrachowania. Dlatego tak przygotowuję wywiad, by dotyczył konkretnych spraw, problemów lub postulatów. Rozmowa o faktach wymaga jednak ich znajomości, a to zadanie i wyzwanie dla obu stron: i dla gościa, i dla gospodarza programu. Dlatego pewnie niektórzy moi goście ograniczają się do wygłaszania ocen i opinii już wygłoszonych.

Doceń źródła

Zwykle mam przygotowany plan rozmowy. Daje mi szansę utrzymania steru od początku do końca programu. To ważne wtedy, gdy naprzeciwko siebie mam polityka, który sam woli wyznaczać kurs i chętnie przejąłby prowadzenie audycji, wygłaszając orędzie, zamiast rozmawiać.

Mój plan mieści się zwykle na kilku kartkach. Jest na nich sporo cytatów, fragmentów wypowiedzi, programów politycznych lub innych dokumentów. Czasem pojawiają się też artykuły z ustaw lub ich projektów. To nie znaczy oczywiście, że z wszystkich korzystam. Ale – gdyby okazały się potrzebne w rozmowie – mam je pod ręką.

Kilkunastominutową rozmowę muszę poprzedzić często nawet kilkugodzinnymi poszukiwaniami informacji. Oczywiście, śledzę bieżące wiadomości w serwisach informacyjnych, oglądam programy publicystyczne, czytam doniesienia prasowe. Ale najważniejsze jest dla mnie samodzielne przeglądanie źródeł i poszukiwanie wiadomości nieoczywistych. Na to zwykle potrzebuję dwóch–trzech godzin, czasem więcej.

Wykorzystuję zasoby Internetu, a kiedy sieć ma krótką pamięć, idę do biblioteki, np. by znaleźć wydania gazet sprzed lat. Bywa, że rozmawiam o temacie ze specjalistami. Jeśli mam wątpliwość prawną, szukam wsparcia u prawników.

Warto pamiętać o źródłach, które pozwalają poznać szerszy kontekst wydarzeń/spraw omawianych w mediach. Przykładem są konferencje prasowe, z których do serwisów informacyjnych przedostają się jedynie krótkie fragmenty – a inspirujące może być to, co się do nich nie przedostaje.

Bezcenne bywają nagrania zamieszczone na sejmowych stronach internetowych. Pomogły mi np. w rozmowach z politykami, gdy w gmachu parlamentu protestowali rodzice dzieci z niepełnosprawnością. Wiele miejsca poświęcono wówczas w mediach posiedzeniu klubu parlamentarnego Twój Ruch, w czasie którego lider partii zarzucał jej członkom, że zmarnowali okazję, by zaistnieć i nie wykorzystali protestu w toczącej się kampanii wyborczej. Dziennikarze skupili się na tej wypowiedzi Janusza Palikota – a nie tylko o nią warto było pytać. Skorzystałem z zachęty polityków Twojego Ruchu, którzy utrzymywali, że słowa ich przewodniczącego zostały wyrwane z kontekstu i przekonywali, że należy obejrzeć nagranie całego posiedzenia klubu. Obejrzałem – i usłyszałem, co jeden z obradujących mówił o szykowanej przez Twój Ruch uchwale w sprawie protestujących rodziców: „Warto byłoby pokazać, że my właściwie zawsze to mówiliśmy, nawet jeżeli nie jest to do końca prawdą”. Nagranie potwierdzało, że ani prowadzący obrady, ani żaden z uczestników nie sprzeciwił się takiemu postawieniu sprawy. Zapytany o to przeze mnie w studiu Janusz Palikot przyznał: „Tak, to było obłudne”.

As w rękawie

Przygotowanie rozmowy to poszukiwanie różnych jej scenariuszy. Pomaga mi w tym analiza dotychczasowych wypowiedzi polityków i komentarzy publicystów. Jednak nie ograniczam się do nich – szukam także tego, co jeszcze nie zostało powiedziane albo zostało przemilczane. Kiedy w ostatniej kampanii prezydenckiej politycy SLD zażądali audytu wydatków Kancelarii Prezydenta, podkreślając, że budżet otoczenia Bronisława Komorowskiego przekracza wydatki całej brytyjskiej rodziny królewskiej, prześledziłem sprawozdania z wykonania budżetu państwa z ostatnich dwóch dekad. Analiza mało ponętnych tabel wykazała, że prezydencki budżet w 2014 roku wynosił 168 mln zł, natomiast 10 lat wcześniej – 162 mln, czyli wcale nie drastycznie mniej. A wtedy głową państwa był Aleksander Kwaśniewski związany politycznie z SLD. Posługując się tymi danymi, mogłem więc zapytać w studiu lidera Sojuszu o konsekwencję i stosowanie przez polityków jednolitych standardów. Skonfrontowany z liczbami Leszek Miller ostatecznie przyznał, że wydatki Kancelarii Prezydenta były za wysokie także w czasie sprawowania urzędu przez Aleksandra Kwaśniewskiego.

Jeśli wiadomo, że zaproszony gość należy do tych, którzy lubią wygłaszać swoje mądrości, zamiast odpowiadać na pytania, dobrze jest mieć przygotowany choćby jeden przykład na jego niekonsekwencję czy brak pokrycia jego tez w faktach – to czasem skutecznie ostudza takiego polityka.

W postulatach Grzegorza Brauna ubiegającego się o urząd prezydenta zainteresowała mnie sprzeczność: z jednej strony namawiał do zmiany ustroju i wprowadzenia katolickiej monarchii, z drugiej przekonywał, że należy przywrócić karę śmierci. Zapytałem więc go w studiu, jak pogodzić ten postulat z nauczaniem Kościoła? Odwołałem się do konkretnego zapisu w Katechizmie Kościoła Katolickiego: „Jeśli środki bezkrwawe wystarczają do obrony życia ludzkiego przed napastnikiem i do ochrony porządku publicznego oraz bezpieczeństwa osób, władza powinna stosować te środki, gdyż są bardziej zgodne z konkretnymi uwarunkowaniami dobra wspólnego i bardziej odpowiadają godności osoby ludzkiej”. Po przywołaniu tego fragmentu Grzegorz Braun był zmuszony dyskutować nie z moimi poglądami czy przekonaniami, lecz z konkretnym dokumentem i zawartymi w nim tezami.

Szukaj konkretu

Zawsze dążę do konkretu w rozmowie. Znajduję go np. w oficjalnych komunikatach, nawet tych, które nie wydają się szczególnie interesujące. Czasem warto dać się zaskoczyć – i zaskoczyć gościa. Gdy Urszula Augustyn została pełnomocnikiem rządu ds. bezpieczeństwa w szkołach, można było rozpocząć rozmowę z nią od pytania, jak chce o to bezpieczeństwo powalczyć. Ale takie otwarcie pozwoliłoby jej wyznaczyć kierunek całej rozmowy zgodny z jej oczekiwaniami.

Tymczasem po lekturze informacji na stronie Premier.gov.pl postanowiłem zacząć od kwestii dopalaczy. To je wymieniono wśród najważniejszych zadań nowej minister – na co niewielu komentatorów zwróciło uwagę. No i w studiu okazało się, że – przynajmniej wtedy – pani minister nie miała przełomowego pomysłu na walkę z dopalaczami. Urszula Augustyn przyznała, że jej pomysł jest „bardzo podobny do tego, co działo się do tej pory; najważniejsza jest edukacja…” – słuchacze dowiedzieli się, że nowy pełnomocnik będzie realizował stare pomysły.

Jednak nie można przeszarżować, bo np. minister zawsze wie więcej od dziennikarza (taką mam przynajmniej nadzieję). Dziennikarz nie powinien więc z nim rywalizować w konkursie wiedzowym, tylko raczej wydobywać od niego tę wiedzę.

Moim zdaniem hasło „sprawdzam” jest kluczowe w rozmowie z politykiem. Dlatego gdy w czasie kampanii przed wyborami do Parlamentu Europejskiego Marek Migalski zarzucił Januszowi Korwin-Mikkemu, że „uprawia polityczną pedofilię, uwodzi młodych ludzi i wykorzystuje ich ideową naiwność dla zaspokojenia swoich politycznych potrzeb” – pytałem autora tych słów, skąd u niego nagła zmiana poglądów. I przypomniałem, że rok wcześniej, gdy w wyborach uzupełniających Janusz Korwin-Mikke walczył o miejsce w Senacie, Marek Migalski (wówczas jako deputowany do PE) publicznie wsparł jego kandydaturę, przekonując, że „pan Janusz propagując idee prawicowe, jest w tym wiarygodny”, a „jego obecność w parlamencie przysłużyłaby się Polsce i debacie publicznej”.

Konkretne sytuacje i konkretne opinie – warto je z sobą spotykać, konfrontować. Z tym że trzeba znaleźć granicę tego łapania za słówka. Czyli nie dociskać kolanem za wszelką cenę. Inteligentny słuchacz zrozumie.

Teczki na polityków

Prowadzę własne archiwum, do którego w każdej chwili mogę sięgnąć. Są takie dokumenty i źródła, do których zagląda się często, przygotowując się do rozmów z politykami (np. exposé premiera, ważniejsze wystąpienia programowe, programy polityczne partii). Dobrze je mieć pod ręką, zgromadzone w jednym miejscu, by nie marnować czasu na ich szukanie. W komputerze archiwizuję też przygotowania do rozmów, tzn. wszystkie cytaty, fragmenty dokumentów lub wątpliwości zebrane w ramach researchu.

W swoim archiwum mam teczki (czy raczej foldery) na polityków wszystkich opcji. No cóż, praca dziennikarza rozmawiającego z politykami przypomina znany w marketingu politycznym warsztat opposition research, czyli badanie opozycji. Tyle że w tym wypadku opozycją, na której temat gromadzi się informacje, są wszyscy politycy i wszystkie formacje polityczne. No i wszyscy muszą być traktowani z tą samą czujnością i dociekliwością.

Gdy więc minister skarbu powołał do zarządu PKN Orlen Igora Ostachowicza kończącego pracę w Kancelarii Premiera, sięgnąłem do archiwalnego folderu „nepotyzm” i znalazłem m.in. zapowiedzi Donalda Tuska z pierwszego exposé w 2007 roku. Mówiąc o spółkach z udziałem skarbu państwa, szef rządu ogłaszał wtedy: „Przyjmiemy wreszcie jawny i otwarty nabór do rad nadzorczych oraz wybór członków zarządu w drodze konkursu. (…) Chcemy w ten sposób zakończyć kilkunastoletni polityczny proceder zawłaszczania tych firm przez aparat biurokratyczny i partyjny każdej władzy, która następowała po sobie”. Jak łatwo się domyślić, to był bardzo przydatny cytat w kolejnych moich rozmowach z politykami PO.

Szczególnie cennym źródłem researchu są programy polityczne i inne dokumenty programowe partii. Wiem – dla wielu to nuda i pustosłowie. Dla mnie nie. Korzystanie z programów przydaje się również dlatego, że nie znają ich często sami politycy. Bywa, że krytykują rozwiązania zaproponowane przez własną partię. Albo nie potrafią rozwinąć myśli zawartych w dokumentach programowych. Pokazywanie tego podczas rozmowy w studiu ma sens: ujawnia, jak poważnie dany polityk traktuje swoich wyborców. A ponieważ wyborcy nie czytają programów partyjnych, dziennikarze powinni ich wyręczyć. Tym bardziej że partyjne dokumenty programowe mogą być inspirującą lekturą. Jest w nich wiele obietnic, o których politycy chętnie by zapomnieli.

Przed wyborami parlamentarnymi w 2007 roku Polskie Stronnictwo Ludowe, prezentując swoje postulaty, w deklaracji wyborczej zapowiadało: „Wprowadzimy docelowo możliwość odpisywania (do 10 proc.) podatku na organizacje pożytku publicznego. Niech ludzie sami określają, na jakie cele przeznaczą swoje podatki”. Byłaby to niewątpliwie rewolucja, bo organizacje pożytku publicznego mogą dziś liczyć na 1 proc. odpisu. Dopytywana przeze mnie w studiu wiceprezes PSL Jolanta Fedak wyraźnie dziwiła się jednak temu pomysłowi – sugerowała, że musiało dojść do jakiejś pomyłki drukarskiej...

Krótka i wybiórcza pamięć to przypadłość polityków różnych formacji. Politycy PiS krytykowali zapowiedź powołania przez premier Kopacz nowych rządowych pełnomocników (m.in. ds. zdrowia czy bezpieczeństwa w szkołach). Sprawdziłem więc, co na ten temat napisano w 2014 roku w programie Prawa i Sprawiedliwości – i przeczytałem, że w nowym rządzie PiS „w miarę potrzeb w strukturze KPRM działać będą pełnomocnicy rządu powoływani do wykonywania konkretnych zadań ponadresortowych”.

Autorzy ogłoszonego w 2011 roku programu Platformy Obywatelskiej zauważyli, że wielu rodziców w Polsce ma trudność w pogodzeniu pracy zawodowej z godzinami otwarcia przedszkoli. Ukłonem w ich stronę była obietnica „zapisu prawnego, który nałoży na przedszkola obowiązek funkcjonowania w godzinach od 6.00 do 18.00, dwanaście miesięcy w roku”. Rozmawiając z osobami odpowiedzialnymi za politykę społeczną i edukacyjną, pytałem o realizację tego postulatu. Cóż, nie było dla mnie satysfakcją usłyszeć podczas rozmów w studiu, że na zapowiedziach się skończyło. Moim zdaniem warto zwracać uwagę na to, że fantazja w pisaniu programów politycznych musi mieć granice.

Znając program polityczny partii, dziennikarz może nadać rozmowie kierunek będący grząskim gruntem dla zaproszonego polityka. Taka samodzielność myślenia stanowi antidotum na przeprowadzane przez spin doktorów próby narzucania mediom określonych tematów wygodnych dla danej formacji.

Kto czyta, znajdzie

Jednak analizowanie programów partii politycznych służy nie tylko temu, by podczas rozmowy wytykać politykowi niesłowności albo łamanie obietnic. Warto je studiować także po to, by lepiej zrozumieć, co kryje się za poszczególnymi zapowiedziami polityków. I podczas rozmowy o to pytać – czyli np. jakie będą źródła finansowania określonych pomysłów. 
Dotyczy to także projektów ustaw zgłaszanych w parlamencie czy przygotowywanych przez rząd. Oczywiście wszystkich projektów ustaw nie czytam. Sięgam do konkretnych, gdy wiąże się to z tematem rozmowy lub z gościem zaproszonym do studia.

Inspiracji do rozmowy szukam też na stronach internetowych partii politycznych. Moją uwagę przykuł kiedyś postulat zamieszczony na głównej witrynie Solidarnej Polski: likwidacja finansowania partii politycznych z budżetu państwa. Domagając się tego, partia Zbigniewa Ziobry zarzucała innym sejmowym formacjom, że marnotrawią publiczne pieniądze. Infografiki na stronie SP wskazywały w tym kontekście także PiS. Wytykały tej partii wydawanie otrzymanych z budżetu środków m.in. na ochronę prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego. To właśnie można było przeczytać w czasie, gdy Solidarna Polska wraz z Polską Razem i PiS tworzyły już koalicję zjednoczonej prawicy. Gdy pytałem o to w studiu Zbigniewa Ziobrę, wydawał się zaskoczony. Kilka godzin później materiały uderzające w PiS zniknęły ze strony SP.Czytaj, jak ćwierkają

Na Twitterze obserwuję ok. 100 polityków. Czasem reaguję na ich wpisy. Ale częściej dyskutuję z innymi dziennikarzami i słuchaczami. Twitter pozwala docierać do wielu wiadomości, których sam mógłbym nie dostrzec w medialnym gąszczu. Grono obserwujących się osób podpowiada sobie nawzajem, co je inspiruje, nurtuje, intryguje, m.in. wskazując publikacje, do których warto sięgnąć. To istotne wsparcie na etapie gromadzenia informacji.

W pracy nad rozmową polityczną Twitter jest ważny także z innego powodu: stał się miejscem, w którym politycy bardziej się odsłaniają, nie zawsze mądrze. Intrygujące były np. swego czasu wieczorne wpisy lidera Partii Demokratycznej Andrzeja Celińskiego komentującego wydarzenia na Ukrainie. Odnosząc się do byłej premier Julii Tymoszenko, pisał (pisownia oryginalna: „Jestem ciekaw czy ci, co Tymoszenko mieli za gwiazdę, ba! słońce mają coś w Jej sprawie do, powiedzenia. Dla mnie to, przepraszam, kurew. (…) Proszę wszystkich zainteresowanych prawdziwie o sprawdzenie w Sieci. Co kto o tej k… pisał? Tymoszenko ma na imię”.

Wiceprzewodnicząca SLD Joanna Senyszyn zasugerowała na Twitterze, że prof. Bogdan Chazan, którego nazwała hipokrytą, „powinien się powiesić”. Innym razem, komentując aferę podsłuchową, przekonywała, że „wszyscy zamieszani powinni sobie palnąć w łeb”. Kiedy takiego języka używa członek władz jednej z partii parlamentarnych, trudno przejść obok tego obojętnie. A już na pewno można wykorzystać ten przykład w rozmowie o jakości polskiej debaty publicznej.

O tę jakość zapytałem niedawno eurodeputowanego PiS Zbigniewa Kuźmiuka, który „przekazał dalej” wpis innego użytkownika TT odnoszący się do urzędującego prezydenta: „Czas usunąć śpiącego ramola spod żyrandola”. Polityk udostępnił ten wpis obserwującym jego profil. Pytany o to w radiowym studiu twierdził, że zrobił to odruchowo, a słowa „ramol” we wpisie nie zauważył.

Jedna z moich rozmówczyń po rozmowie w „Salonie politycznym Trójki” opisała mnie: „Owca w wilczej skórze”. Rzeczywiście, wobec modnego ostatnio zwyczaju opuszczania studia przez polityków, gdy dziennikarz bądź pytanie im nie pasuje, z przykrością stwierdzam, że nie mam na tym polu sukcesów. Nikt ode mnie nie wyszedł. 
Co gorsza, ja też jeszcze nie wyszedłem. Czy powinienem czuć się winny?

Marcin Zaborski - do połowy lutego 2016 rozmawiał z politykami w audycjach "Salon polityczny Trójki", prowadzi "Puls Trójki". Pracuje ze studentami dziennikarstwa jako wykładowca SWPS w Warszawie. Jest doktorem nauk humanistycznych (politologiem).

Materiał był publikowany w "Press" (06/2015)

(17.02.2016)

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

Temat: You Tube

Dział: WARSZTAT

Dodano: Kwiecień 09, 2016

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Pieniądze w błoto

Od lewej: Adam Kwiatek, Bartłomiej Sawaryn i Edyta Fruba (fot. Terenwizja)

Najlepszy kanał motoryzacyjny na YouTube nie przynosi pieniędzy, ale daje mnóstwo satysfakcji – widzom i twórcom. Kim są ci drudzy?

Kiedy Adam Kwiatek jechał na swój pierwszy rajd offroadowy, nie przypuszczał, że odtąd będzie brudził się w błocie prawie co tydzień. – Wracając po trzech dniach rajdu, myślałem, że straciłem kolegę – wspomina Bartłomiej Sawaryn. – Adam siedział na tylnym siedzeniu samochodu, przykryty kilkoma kocami, i nie odzywał się przez kilka godzin. Ale minęły trzy dni i kupił nissana patrola – wspomina. To Sawaryn i Filip Różalski, organizatorzy Rajdu o Złoty Tłok Wójta Bałtowa, zaprosili Kwiatka na pierwszy rajd. Było to kilka lat temu – dziś z pierwszym z nich Adam Kwiatek tworzy kanał motoryzacyjny Terenwizja na YouTube, a drugi pomaga im nagrywać.

Kwiatek szybko docenił widowiskowość offroadu i nagrał pierwszy kilkuminutowy film. Nie była to jednak relacja z rajdu ani prezentacja samochodu. Adam nagrał rozmowę z 4-letnim chłopcem, który bawił się przy dżipie. Pokazał popołudnie ojca z synem. Chwyciło. Film szybko rozszedł się w sieci (został opublikowany na prywatnym kanale YouTube Adama Kwiatka). – To był eksperyment. Zaskoczeniem było, że ludzi nie interesował samochód terenowy, jego wyposażenie czy moje zdolności jako kierowcy, lecz odkryli, że to jest hobby umożliwiające wspólne spędzanie czasu ojca z dzieckiem – opowiada Kwiatek. Pozytywna reakcja widzów była motywacją do działania. – Wiedzieliśmy, że jeżeli znajdziemy sposób na opowiadanie, który zainteresuje więcej osób, będzie można stworzyć kanał o naszej pasji – tłumaczy Kwiatek.

Początkowo filmy wrzucał na własny kanał na YouTube, a w 2012 roku stworzyli wraz z Bartłomiejem Sawarynem Terenwizję. – Pomysł zrodził się z nudów. Chcieliśmy połączyć przyjemne z pożytecznym, czyli wyjeżdżać na rajdy za darmo i robić z tego reportaże – mówi Sawaryn.

Przez cztery lata Terenwizja zrealizowała ponad 140 filmów, które łącznie mają 10 mln odsłon. Widzom podoba się takie podejście do offroadu: „Nie jestem w temacie, ale obejrzałam cały film, bo to fascynujące!” – komentuje dziewczyna na YouTube. Wielu traktuje ich jako znawców aut terenowych: „Chciałbym się jakoś skontaktować, bo oglądałem wasz film o uzbrojeniu land rovera, a na wyprawę chciałbym się załapać” – pisze fan.

Niszowa pasja

W zestawieniu z najpopularniejszymi youtuberami osiągającymi ponad 1 mln subskrypcji, ich kanał z 33 tys. subskrybentów nie robi wrażenia na znawcach branży. Jednak w sieci partnerskiej Epic Makers, do której należą, są liderem segmentu kanałów motoryzacyjnych. Wyprzedzają kanał Dajczu MotoVlog (20 tys. subskrypcji), Skuterowo (15 tys.), Leszek OnAir! (4 tys.) czy What About Cars TV (3 tys.). – Większość kanałów jest zafiksowana na temat niszy. Jeśli taki kanał sformatuje się, złapie punkt, w którym może odnieść się do szerszego widza, wówczas następuje gwałtowny przyrost subskrybentów. Terenwizja jest kanałem wyspecjalizowanym, ale niemałym – mówi Łukasz Skalik, program director Epic Makers. – To typ kanału, który istnieje na YouTube nie po to, by zarabiać, lecz by propagować pasję – uważa.

– Youtuberzy nie postrzegają ich jako swoich – stwierdza jednak Kuba Jankowski, YouTube menedżer w Grupie Onet.pl, który prowadzi program KubaShowTV na YouTube. Podaje jeden z powodów: – Rzadko bywają na spotkaniach, gdzie mogą poznać się z innymi twórcami YouTube.

Jankowski zaprosił jednak twórców Terenwizji do swojego programu „Pasja – sposób na życie” w Canal+ Discovery. – Muszę przyznać, że podczas kręcenia tego materiału prawie dałem się zarazić ich pasją. Wiem, że to, co robią, sprawia wielką frajdę – przyznaje Jankowski. – Gdybym chciał wejść w świat offroadu, zwróciłbym się do Adama – dodaje.

W męskim świecie

„Zderzaki i wyciągarki naprawdę wyciągają efektownie i widać, na co wydaliśmy pieniądze. Ale nie zapominajmy o osłonach” – dobiega głos z filmu, na którym widać samochód terenowy zaparkowany na leśnej drodze. Ten sam głos ostrzega, że jazda land roverem bez osłon może skończyć się pogięciem drążków kierowniczych. O akcesoriach do land rovera ze znawstwem opowiada nie umazany smarem mechanik, tylko 26-letnia wówczas Edyta Fruba – ładna, drobna, uśmiechnięta brunetka. Jest wiosna 2015 roku i właśnie nagrywa kolejny odcinek programu Terenwizji, do której dołączyła po około roku od powstania kanału. Od tamtej pory jest twarzą realizowanych materiałów.

– Prowadząca? Przyciąga uwagę. Bardzo miło się ją ogląda. Wielu widzów właśnie z jej powodu, a nie zawartej treści, ogląda filmy. Gdyby zrezygnowała, kanał straciłby co najmniej połowę widzów – uważa Michał Śniadek, redaktor naczelny serwisu CarTests.pl i założyciel TopGear.net.pl, strony fanowskiej „Top Gear”.

– Edyta jest bardzo wdzięczną prowadzącą, ale pozostali też fajnie poruszają się po tym świecie – mówi z kolei Kuba Jankowski, przyznając, że Edyta występuje najczęściej. – To prosty zabieg, ponieważ środowisko offroadowców jest zdominowane przez mężczyzn. Ci chętniej będą oglądali Edytę, która wpada w kałużę, niż Adama – dodaje Jankowski. – Widząc dziewczynę w błocie, ludzie chętniej zaglądają na kanał. Przyznam, że sam zajrzałem ze względu na nią – mówi Marek Wieruszewski prowadzący „Motojazdę – garaż Motowizji” w Motowizji.

Press

Edyta Fruba jest studentką fizjoterapii w Wyższej Szkole Rehabilitacji w Warszawie, uczy się też na technika masażu. Jest młodszą siostrą żony Adama Kwiatka. Fani o tym nie wiedzą i często dopytują, co łączy tych dwoje. Czasem na nagraniach pojawia się chłopak Edyty, Radosław Kania, który wraz z nią, korzystając z marki Terenwizji, zorganizował kilka szkoleń z offroadu dla początkujących. – Wpadliśmy na pomysł, by jeździć z osobami, które nie mają samochodu terenowego. Takie szkolenie trwa trzy godziny, w ciągu których pokonujemy z nimi tor przeszkód – mówi Fruba. Szkolenia odbywają się sporadycznie i kosztują 350 zł.

Bartłomiej Sawaryn udział Edyty w programie przedstawia jako przemyślany zabieg marketingowy. Daleki od takiego stwierdzenia jest natomiast Adam Kwiatek. – Była to nasza pierwsza randka – żartobliwie wspomina pojawienie się Edyty. I opowiada: – Podczas rodzinnej uroczystości zauważyła terenówkę i zapytała, czy może zobaczyć, na czym polega moja pasja. Chciałem się popisać, pokazując, jaki mam fajny samochód, i jakim jestem superkierowcą. Skończyło się na tym, że utopiliśmy samochód. I to tak, jak nigdy dotąd. Sytuacja była wręcz dramatyczna. Kazałem Edycie ewakuować się z auta i zabrać ze sobą kamery. A skoro się utopiliśmy, stwierdziłem: przynajmniej to nagrajmy.

Edyta Fruba sfilmowała przebieg akcji i tak powstał pierwszy film z jej udziałem. – Wszyscy zwrócili uwagę na Edytę, która, mimo że była przemarznięta, przemoczona i nie pojeździła sobie, to była zadowolona. Zaczęliśmy od traktowania jej jako maskotki Terenwizji, która ma z nami jeździć i poznawać ten świat. To był strzał w dziesiątkę – stwierdza Kwiatek.

Przed kamerą Edyta jest wyluzowana, kokietuje: „A najbardziej szczegółowo pokazane jest wszystko w filmie, który oglądałam chyba z dziesięć razy. Podobno jest bardzo prosty do zrozumienia, ale niekoniecznie dla kobiecego umysłu” – mówi na jednym z nich, uśmiechając się porozumiewawczo do widzów. Czasem dowcip się wyostrza: „Rajd jest udany, gdy jestem wyjeżdżona i ubłocona”. Wielu widzów jest nią zachwyconych, ale niektórych zagorzałych offroadowców drażni jej dziewczęcy głos. – Trochę powagi. To nie jest sport dla nastolatków, lecz kosztowne hobby – mówi osoba ze środowiska offroadu, która chce pozostać anonimowa. Złośliwi wytykają też Edycie skąpe stroje. – Na początku brałam te komentarze do siebie, ale teraz przestałam na nie zwracać uwagę – stwierdza Fruba, podkreślając, że lubi występować, ale nie czuje się youtuberką.

– To, że program prowadzi sympatyczna i niebrzydka dziewczyna, zawsze wzbudza podejrzenia, że jest tutaj jakaś nieszczerość. Wystarczy jednak przez dwie minuty obejrzeć, pooddychać tym, i okazuje się, że nie jest udawane. Ja to kupuję – mówi Jacek Balkan, dziennikarz motoryzacyjny radia Tok FM, prowadzący też program „Autościema, czyli jak kupować, by nie żałować” w Polsat Play.

Kupują ją również inni. Dlaczego? Bo Edyta ma charakter, co udowadnia na każdym kroku: podczas nagrywania jednego z filmów skręciła kostkę, ale nie przeszkodziło jej to za tydzień we wzięciu udziału w swoim pierwszym rajdzie quadów. Koledzy z planu tak to komentowali na filmie: „Czy to jest rozsądne z jej strony?” – pyta zza kamery Adam. „Pasja jest najważniejsza. Pasja i chęć walki!” – odkrzykuje ich kolega.

– Bywają sytuacje stresujące, ale nie wyobrażam sobie, że się poddam – kwituje Edyta Fruba.

W terenie

Ich ekipa jeździ już po całym kraju. Są zapraszani nie tylko przez grupy organizujące rajdy samochodów terenowych. W styczniu br. przyjęli zaproszenie od organizatorów Warszawskich Spotkań Weekendowych na spotkanie miłośników samochodów zdalnie sterowanych. – Często oglądamy ich filmiki. Po Nowym Roku opublikowali post, w którym mówili, że są gotowi na nowe wyzwania. Wysłałam więc bezczelną wiadomość, że skoro tak, to czy odwiedzą nas. Bez problemu się zgodzili – mówi Sandra Frej, współorganizatorka spotkania.

Press

Co im się podoba w filmach Terenwizji? – Klimat. To nie jest zwykły program, wszystko tu dzieje się na żywo, ludzie są cały czas w błocie. Oglądając te filmy, czuje się, jakby się tam było – tłumaczy drugi współorganizator Warszawskich Spotkań Weekendowych Błażej Gałuszewski. Produkcje Terenwizji można podzielić na relacje z wydarzeń i poradniki. W pierwszym przypadku nagrywają siebie podczas wyjazdów, najczęściej są to rajdy terenowe. Ich filmy, mimo niszowego tematu, gromadzą po kilkadziesiąt tysięcy odsłon. Tak było podczas relacji z rajdów przeprawowych Bałtowskie Bezdroża organizowanych przez Stowarzyszenie Delta czy zawodów Wrack Atak w Lublinie organizowanych przez Polskie Stowarzyszenie Wrak Race. Ale bywa, że ich produkcje mają po kilkaset tysięcy wyświetleń. Prawie 300 tys. osób obejrzało film „Złombol 2014”, który jest relacją z charytatywnego rajdu (prawie 400 starych aut co roku podróżuje po Europie, oferując powierzchnię reklamową na samochodach, a dochód jest przeznaczany na dzieci z domów dziecka). Wyjazd w 2014 roku był wyjątkowy dla Edyty Fruby. – Adam nie mógł jechać, więc postanowiłam sama coś nagrać. Robiłam nawet mniej powtórek, niż gdy jestem nagrywana przez kogoś – opowiada. Podczas postojów wchodziła do aut przypadkowych uczestników imprezy i przeprowadzała z nimi rozmowy. – Powiedziałem, by nagrywała wszystko, a potem coś z tego się wybierze. Nie sądziłem, że wyjdzie to tak ciekawie – mówi Adam Kwiatek.

Nie udają

W jaki sprzęt warto wyposażyć land rovera, na czym polega napęd 4x4, jak bezpiecznie używać linii kinetycznej? Między innymi na te pytania próbują odpowiedzieć w filmach poradnikowych twórcy Terenwizji. Nie udają, gdy czegoś nie wiedzą. – Pokazujemy swoje błędy. Nie wstydzimy się, jak nam coś nie wyjdzie – mówi Kwiatek. By jednak filmy były rzetelne, korzystają z pomocy ekspertów. I tak w odcinku o oponach terenowych pojawił się Mariusz Jenot z Auto-shop4x4.pl, a w odcinku o dżipach wranglerach wystąpił „Kazo” z firmy Wranglery.pl. Częstym gościem poradników jest Roman „Cybul” Cybulski z Cybul Radical Solutions, który współprowadził m.in. odcinek o napędach samochodów na cztery koła. – Poznaliśmy się na jednym z rajdów. Bardzo dobrze znają się na offroadzie, wiedzą, o czym mówią – ocenia Cybulski. Jego zdaniem produkcje Terenwizji wyróżniają się na tle programów nie tylko internetowych, ale także telewizyjnych. – Na pewno bardziej wciągają, ponieważ są naturalni i spontaniczni, potrafią rozpalić ludzi – mówi Cybulski.

Piotr R. Frankowski, redaktor naczelny kwartalnika „Ramp” i były naczelny „Top Gear”, przyznaje, że porady Terenwizji są skuteczne, ale nie widziałby dla nich miejsca w magazynie motoryzacyjnym. – To jest rodzaj narracji dostosowany do świata darmowego Internetu. Wygląda jak wideoblog, bo widz nie oczekuje wyszukanej formy, tylko prostego przekazu, który nosi znamiona amatorskości. Warsztat został dopasowany do potrzeb – analizuje Frankowski.

Jacek Balkan z Tok FM: – Jest to robione przez ludzi z doświadczeniem, którzy z niejednego błota samochód wyciągali. Filmy są fachowe, bezpretensjonalne, bez nadęcia, z lekkim puszczaniem oka do widza i scenami niczym ze „Słonecznego patrolu”. A wszystko ciepłe i serdeczne.

Fani żartują, że Terenwizja jest lepsza od kultowego programu motoryzacyjnego „Top Gear”. Michała Śniadka, szefa serwisu TopGear.net.pl, takie porównanie trochę drażni, ale stwierdza: – Można powiedzieć, że ich filmiki przypominają pierwsze serie „Top Gear”, ale jest to naciągane. Podobieństwo można jedynie dostrzec w tym, że mają bardzo luźne podejście do prowadzenia programu.

Mimo to Śniadek linkuje filmy Terenwizji ze swojego serwisu.

Jakość filmów poradnikowych doceniło jesienią ub.r. jury Grand Video Awards, które nominowało Terenwizję właśnie za wideo poradnikowe. Prócz tego otrzymali trzy nominacje w kategoriach: wideo popularnonaukowe, publicystyka i hobby. – Ich film był w tej grupie, która najbardziej utkwiła mi w pamięci. Forma ich materiału była zbliżona do filmu dokumentalnego. Produkcja o takim charakterze niekoniecznie potrzebuje dużej ekipy i supersprzętu. Wystarczą nawet trzy osoby – mówi Jacek Zakrzewski, realizator dźwięku w TVN, juror GVA, który oceniał filmy w kategorii publicystyka (Terenwizja otrzymała w niej nominację za „Złombol 2014”).

– To skandaliczne! Ta dziewczyna z chłopakiem przy użyciu zwykłej kamery, która kosztowała pewnie dwa tysiące złotych, robią coś lepszego niż niejedna telewizja mająca do dyspozycji gigantyczny budżet z kamerami za kilkadziesiąt tysięcy euro – ironizuje Jacek Balkan, doceniając realizacyjną stronę filmów Terenwizji.

Terenwizja miała w sumie ok. 10 kamer, z czego cztery już zostały zniszczone. – Używamy kamer amatorskich, bo warunki pracy są trudne. To nasze hobby, do którego dokładamy, więc jeśli mam utopić kamerę za 15 tysięcy, biorę taką za trzy tysiące, która do tworzenia w Internecie ma wystarczającą jakość. Wbiegając z kamerą do wody, nie chcę się martwić, czy ją spłaciłem – tłumaczy Adam Kwiatek. Gdy jadą na nagranie, zazwyczaj korzystają z trzech kamer, m.in. Sony Handycam HDR-CX550, GoPro i Sony Action Cam. Filmy montują w programie Avid Media Composer.

Mają oko montażysty

– Nie zjadłem zębów na technice telewizyjnej, ale nie widzę tam błędów. Ktoś ma bardzo dobre oko do tego – ocenia Jacek Balkan. Ma rację – mało kto wie, że ocenił zawodowców. Bo wszyscy trzej twórcy Terenwizji – Bartłomiej Sawaryn, Filip Różalski i Adam Kwiatek – są profesjonalnymi montażystami. Montują dla TVN, głównie seriale. Sawaryn montował m.in. „Helę w opałach” i „Nianię”, Różalski współpracował przy montażu „Brzyduli”. Z filmografii na stronie Filmpolski.pl wynika, że największy z nich dorobek ma Adam Kwiatek, który montował m.in. „Singielkę”, „Nie rób scen”, „Szpilki na Giewoncie” i „Prawo Agaty”. Prócz seriali Kwiatek ma na swoim koncie także montaż filmów fabularnych, w tym: „Karol, który został świętym” w reżyserii Grzegorza Sadurskiego i Orlanda Corradiego i „Karuzelę” Roberta Wichrowskiego. A za montaż filmu Marcina Krzyształowicza „Obława” w 2012 roku Kwiatek otrzymał nagrodę na Gdynia Film Festival. Ponadto prowadzi warsztaty z montażu w Collegium Civitas. Informacji o tym nie przeczytamy jednak na stronie internetowej Terenwizji ani na ich profilu na Facebooku. Dlaczego? Pytanie dziwi Adama Kwiatka. – Dla mnie Terenwizja jest eksperymentem montażowym, osobistym, emocjonalnym. Za każdym razem próbujemy zrobić coś innego. Specjaliści od YouTube starają się nam od czasu do czasu coś mądrego powiedzieć, zwracają uwagę, że filmy są za długie. Ale nie robimy tego dla gimnazjalistów, nie nastawiamy się na milionową oglądalność. Robimy to, by ludzie mieli poczucie, że ktoś przygotował rzetelną relację z rajdu – odpowiada Kwiatek.

Jacek Balkan szacuje, że wyprodukowanie odcinka Terenwizji kosztowałoby telewizję co najmniej 20 tys. zł. Twórcy kanału robią to za półdarmo. – Od początku zakładaliśmy, że nie robimy z tego biznesu. Jeden wyjazd kosztuje nas 2,5–3 tysiące złotych – mówi Bartłomiej Sawaryn. By na tym nie tracić, ekipa Terenwizji współpracuje m.in. z organizatorami imprez, na których się pojawiają. W zamian za relację mają zapewniony nocleg bądź bezpłatne wpisowe, które może wynosić np. 500 zł. Bywa, że otrzymują wynagrodzenie za materiał filmowy lub lokowanie produktów. – Nie są to duże kwoty. Rekompensują koszty wyjazdów – mówi Kwiatek, podając, że wynoszą od kilkuset do kilku tysięcy złotych. Ich dochód z reklam na YouTube jest bowiem znikomy.

Ale na amatorów nie wyglądają. Na imprezach offroadowych pojawiają się w koszulkach i bluzach z logo Terenwizji. Podobne oznaczenia mają także na gadżetach. Za tę koncepcję, logo i spot reklamowy odpowiada Zuzanna Sawaryn, żona Bartłomieja, która jako freelancer zajmuje się projektowaniem graficznym. – Poprosili mnie o pomoc. Uczestniczę z nimi w rajdach, ale nie jeżdżę intensywnie. Czasem pomagam jako operator kamery – mówi Zuzanna Sawaryn.

Formalnie Terenwizja jest firmą zarejestrowaną na jej męża. Adam Kwiatek zapewnia, że nie przeszkadza mu, iż nie jest jej współwłaścicielem. Ma swoją działalność – Fabrykę Sklejek.

Telewizja?

– Gdybym był producentem telewizyjnym, już dawno byśmy siedzieli w sali konferencyjnej, pili kawę, jedli ciasteczka i omawiali scenariusz ich programu – mówi Kuba Jankowski. Przenieść Terenwizję na szklany ekran próbowali już też sami twórcy. Prowadzili rozmowy z Polsat Play i TVN Turbo, ale nie udało się. – Pamiętam ich, a zwłaszcza tę dziewczynę, w jej oczach widać pasję. Chcieli realizować program 4x4, lecz nie mieliśmy pieniędzy – mówi Radosław Sławiński, dyrektor Polsat Play. Większe szanse na program mieliby, gdyby znaleźli sponsora. Koszty utrzymania takiego programu zaczynają się jednak od 30 tys. zł za odcinek. W dodatku musieliby zrezygnować z części niezależności.

Press

– To, co robią, jest ciekawe, dynamiczne, kierowane do młodych mężczyzn, ale to specyficzna rozrywka dla fascynatów. TVN Turbo musi mieć bardzo wyspecjalizowany program, który będzie trafiał do szerszej grupy – tłumaczy Małgorzata Łupina, zastępca dyrektora programowego TVN. Ale dodaje: – Z racji tego, że te filmy są fajnie robione, dynamicznie montowane, nowoczesne, zaproponowaliśmy im współpracę.

I tak Terenwizja stała się producentem dwóch programów TVN Turbo. Pierwszy z nich to „Dendżer” prowadzony przez Arkadiusza Klicha (wyemitowano jeden sezon). Drugi – „Wojny samochodowe” zadebiutuje wiosną. Za ich produkcję odpowiada Bartłomiej Sawaryn i Roland Janiec.

– Żeby to, co robią, przenieść na duży ekran, trzeba byłoby trochę podrasować jakość ich filmów – mówi o produkcjach Terenwizji Radosław Sławiński. Podkreśla, że tematyka offroadu jest zbyt niszowa nawet dla stacji tematycznej. Co nie zmienia faktu, że do niego przemawia. – Po spotkaniu z nimi zdecydowałem się kupić auto terenowe – przyznaje dyrektor Polsat Play.

(tekst był publikowany w "Press" 01/02 2016)

Iga Kołacz

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo