Dział: WYWIADY

Dodano: Grudzień 18, 2015

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

W Rosji panuje osobliwa praworządność

Wacław Radziwinowicz (fot. Marcin Obara)

Rozmowa z Wacławem Radziwinowiczem, moskiewskim korespondentem „Gazety Wyborczej”, któremu Rosja cofnęła akredytację.

Dziś został Pan wezwany na rozmowę z wiceszefem służby prasowej rosyjskiego MSZ Artiomem Korzynem. Co się podczas tego spotkania wydarzyło?

Odebrano mi akredytację.

W jaki sposób został Pan wezwany do MSZ?

Zadzwonili do mnie. Człowiek którego nie znam, o nazwisku Kuzniecow powiedział, że mam przyjść i mam mieć ze sobą akredytację.

Bez akredytacji nie wolno Panu pisać?

Zgodnie z rosyjskim prawem nie mogę zajmować się pracą dziennikarza.

Czyli nie może Pan nawet opisać tego, co się dzisiaj stało?

Nie, nie mogę.

Dostosuje się Pan do tego zakazu i nie będzie pisać korespondencji z Rosji?

Mam zamiar się odwoływać. Problem polega na tym, że urzędnicy MSZ, którzy ze mną rozmawiali nie wiedzieli, czy jest w ogóle tryb odwoławczy. Coś tam na prędce wymyślili, że jest taki tryb, ale sami nie byli pewni, czy w ogóle istnieje. Jeżeli będzie jakakolwiek droga odwoławcza, to z niej skorzystam. Chociaż wiem, że nic nie wygram, bo w Rosji panuje osobliwa praworządność. Ale drogę odwoławczą trzeba wykorzystać.
Gdybym teraz występował jako dziennikarz, mógłbym zostać osądzony i karnie deportowany, a to jest znacznie gorsze. Po prostu mi nie wolno pracować jako dziennikarz. Gdybym to zrobił, naraziłbym się na niebezpieczeństwo.

Zna Pan powód cofnięcia akredytacji?

Powiedzieli mi, że to krok odwetowy za wydalenie Swiridowa (rosyjski korespondent, podejrzewany o szpiegostwo, któremu zabrano akredytację i wydalono z Polski – przyp. red.). Nie potrafili jednak powiedzieć, co osobiście mają do mnie. Powiedzmy, że na mnie wypadło.

Liczy Pan na pomoc polskiego MSZ lub innych instytucji?

Na pewno liczę na pomoc ambasady, bo mam to obiecane. Nie wiem czy obecny MSZ się tym smuci czy może raduje, że akurat na mnie wypadło. Nie wiem, czy mogę na cokolwiek ze strony ministerstwa liczyć.

Planował Pan wrócić na święta do Polski. Nie wie Pan jednak, czy będzie mógł później pojechać do Moskwy po swoje rzeczy. W tej sytuacji przyleci Pan do kraju?

Nie. Mam bilety na święta i powinienem być w niedzielę w Polsce, a 31 grudnia miałem wrócić do Rosji, do pracy. Urzędnicy z MSZ nie wiedzieli, jak ich zapytałem, czy w tej sytuacji wpuszczą mnie po świętach do Rosji. Bilety mi przepadną, bo nie zdążę spakować wszystkiego do niedzieli. Chcę wracać z moją kotką, ale najpierw chcę ją poddać badaniom. Bez kotki na pewno nie wrócę do Polski.

Co ma Pan zamiar robić po powrocie do Polski?

To jest decyzja moich szefów. Moje plany muszę najpierw omówić z szefami.

Jakub Mejer

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

Dział: WYWIADY

Dodano: Grudzień 18, 2015

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Dzieci gorszego boga

Justyna Kopińska (fot. Jakub Pleśniarski)

Rozmowa z Justyną Kopińską („Gazeta Wyborcza”) - laureatką Grand Press 2015 w kategorii Reportaż prasowy

W nagrodzonym reportażu „Oddział chorych ze strachu” wróciła Pani do tematu ordynator Anny M., która znęcała się nad pacjentami szpitala psychiatrycznego w Starogardzie Gdańskim. Dlaczego sięgnęła Pani do sprawy sprzed pięciu lat?

To zupełny przypadek. Po publikacji książki „Czy Bóg wybaczy siostrze Bernadetcie?” (o 30 latach znęcania nad dziećmi w Ośrodku Sióstr Boromeuszek w Zabrzu – przyp. red.) właściwie codziennie dostawałam maile. Ludzie pisali o podobnych historiach mających miejsce głównie w instytucjach zamkniętych: ośrodkach wychowawczych, szpitalach psychiatrycznych, więzieniach, domach dziecka i spokojnej starości. Jako dziennikarz chcę pokazywać uniwersalny problem na przykładzie jednego miejsca. Tak było w przypadku siostry Bernadetty i ordynator Anny M. Znalazłam na forum internetowym wątek poświęcony Annie M. i oddziałowi XXIII.

Czy w mailach, które Pani otrzymywała były też skargi konkretnie na szpital w Starogardzie Gdańskim?

Tak. Opisywano przypadki przemocy, wielokrotne umarzanie prokuratorskich śledztw. Internauci pytali jak to możliwe, że Anna M. nadal leczy jako psychiatra i jednocześnie jest biegłą sądową w tym samym okręgu, gdzie stawiane są jej zarzuty o znęcanie się nad dziećmi. Zadzwoniłam więc do prokuratury i spytałam, który sąd ją uniewinnił. Byłam pewna, że jest już po sprawie sądowej. Okazało się, że śledztwo w sprawie znęcania nad dziećmi przez salowych i ordynator toczy się już od pięciu lat!

Co było dla Pani najtrudniejsze podczas pracy nad tym reportażem?

Najtrudniejsze dla mnie zawsze są rozmowy z ofiarami. W tym przypadku ofiary były dziećmi. Rozmowy były wstrząsające, takie, które powodują koszmary senne, bo nie potrafisz przestać o nich myśleć. Reportaż pisałam trzy miesiące.

Co w nim jest najważniejsze?

Chciałam pokazać, jak zachowują się jednostki psychopatyczne w instytucjach totalnych i jak społeczeństwo na to nie reaguje, jeżeli sprawca ma znajomości. W Polsce znajomości z miejscowymi notablami budzą respekt. Takich ludzi wymiar sprawiedliwości traktuje inaczej. Moim zdaniem Polska współcześnie nie jest Polską podzieloną na Polskę Tuska i Kaczyńskiego, ale na Polskę ludzi, których nie stać na prawników i tych, którzy mogą sobie pozwolić, by walczyć o sprawiedliwość. Dzieci, które opisuję są często traktowane jako dzieci gorszego boga. One już nie wierzą, że sprawiedliwość istnieje.

Spotkała się Pani z ordynator Anną M. w jej prywatnej klinice, wcielając się w rolę pacjentki. Później poprosiła ją Pani oficjalnie o komentarz. Przyznała się Pani, że była u niej w gabinecie?

Ordynator dzień przed rozmową otrzymała z przychodni moje imię, nazwisko oraz adres strony internetowej. Jeśli na nią wchodziła lub sprawdzała kim jestem, to musiała wiedzieć, że tydzień wcześniej się widziałyśmy. Dzwoniłam też z tego samego numeru telefonu, z którego wcześniej rozmawiałam z nią jako pacjent. Ale zupełnie nie poruszyła tego w rozmowie. Nie chciała też, abym przytaczała jej wypowiedzi pacjentów oddziału.

Czemu służyła ta mistyfikacja?

Chciałam zobaczyć, jak traktuje pacjentów. Bo w Internecie były też mocne wypowiedzi odnośnie jej aktualnej pracy w przychodni. Ale przede wszystkim musiałam sprawdzić, czy pracuje. Chciałam pokazać prokuraturze, że ordynator czuła się zbyt chora, by zaznajomić się z aktami sprawy, a w dalszym ciągu przyjmuje pacjentów.

Jaki był efekt reportażu?

Dostałam około 6 tys. maili. Część z nich była dla mnie bardzo ważna. Pisali pacjenci, lekarze, salowi, którzy twierdzili, że już nigdy nie będą bierni wobec zła.

Będzie Pani dalej zajmować się tym tematem?

Prokuratura Generalna zaraz po moim reportażu skontrolowała śledztwo. Zastępca prokuratora generalnego przyznał, że śledztwo powinno być prowadzone krócej i że były w nim zaniedbania. Śledztwo nabrało tempa. Wniesiono akt oskarżenia wobec Anny M. Teraz sprawa jest w rękach sędziego, a jako dziennikarz nie mogę ingerować w sprawę na tym etapie. Oczywiście dziennikarze wrócą do tematu, jeśli wyrok będzie nieadekwatny do zgromadzonego przez prokuraturę materiału dowodowego. Sprawy o znęcanie nad dziećmi i pacjentami instytucji zamkniętych są wyjątkowo ważne, bo to jak traktujemy ludzi bezbronnych świadczy o naszym społeczeństwie i kondycji wymiaru sprawiedliwości. Mam nadzieję, że akta sprawy będą odtajnione. 

Daria Różańska

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo