Dział: WYWIADY

Dodano: Październik 08, 2015

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Po ludzku

Swietłana Aleksijewicz (fot. Piotr Król/Press)

Każdy nosi w sobie jakiś genialny tekst: jeden ma w sobie dwie strony, ktoś inny dwa zdania. Tego tekstu trzeba w człowieku poszukać, a potem go wydobyć - mówiła w 2011 roku w rozmowie z "Press" Swietłana Aleksijewicz.

Książkę o miłości pisze Pani od kilkunastu lat i wciąż nie jest gotowa. O wojnach napisała Pani już trzy. Łatwiej się pisze o wojnie?

Mnie w ogóle trudno się pisze. Nad każdą książką pracuję pięć–siedem lat. Miłość czy wojna – to są wielkie tematy. Człowiek mówi szczerze tylko w obliczu śmierci i w obliczu miłości. Lecz nie jest tak, że o miłości pisze mi się trudniej. Tylko że od 30 lat pracuję nad historią „czerwonej cywilizacji”. Napisałam o tym cztery książki, kończę piątą. Zdałam sobie sprawę, że muszę na razie odłożyć książkę o miłości i skończyć historię czerwonego człowieka. Bo za trzy–cztery lata nie będzie to już możliwe. Pokolenie, które pamięta komunistyczne czasy, odejdzie, a kolejnemu wspomnienia zaczną się zacierać.

Rozmawia Pani głównie z kobietami. Wspomnienia mężczyzn o wojnie nie pokazały całej prawdy o niej?

Nie bez powodu Najwyższy wymyślił kobietę i mężczyznę – to są dwa różne światy, dwa różne punkty widzenia. Opowieść mężczyzn o wojnie nie była pełna. Urodziłam się na wsi, w nauczycielskiej rodzinie. To była powojenna wieś, lata 50. Tam prawie nie było mężczyzn. Z dzieciństwa pamiętam tylko swojego ojca i kilku staruszków. I pamiętam też niekończące się opowieści kobiet o śmierci, których nie znajdowałam w książkach. Pamiętam, jak płakałam, gdy kobiety siedzące na ławeczkach przed domem czy na wiejskich uroczystościach opowiadały o wojnie. Ich opowieści robiły na mnie wrażenie, a te opisywane w książkach – nie.

Bo opowieści mężczyzn nie wywoływały łez?

Dla mężczyzn liczyła się brawura. „Poszliśmy i ich zatłukliśmy” – opowiadali. Przechwalali się. Mężczyźni od dziecka są przygotowywani na to, że być może będą musieli kiedyś bronić ojczyzny. Dziś już może mniej się to chłopcom wpaja, jednak kiedyś męskie mózgi kształtowane były u nas takim wychowaniem. Kobiety nie były przygotowane do pójścia na wojnę – one miały rodzić życie.

Lecz bohaterki Pani książki same garnęły się na wojnę.

Moje pokolenie zna tylko tę stetryczałą wersję komunizmu. Lecz pokolenie mojego ojca żyło, gdy ta idea była młoda i silna. Temat łagrów był utajniony. Był entuzjazm. Młodzi ludzie naprawdę wierzyli w te idee. I nie mieszajmy tego z naszym dzisiejszym stosunkiem do komunizmu, z tym, co teraz o nim wiemy. Tamci ludzie wierzyli w te idee i dlatego wszystkie kobiety, z którymi rozmawiałam, zgłosiły się same na wojnę. Stalin nie wydał kobietom rozkazu, że mają iść walczyć.
Trzeba też pamiętać, w jakich okolicznościach się to działo. To była totalna katastrofa. W pierwszych miesiącach wojny do niewoli trafiło cztery miliony radzieckich żołnierzy, zniszczone były praktycznie wszystkie lotniska, Niemcy zajęli ogromne obszary, szybko dotarli pod Moskwę i Stalingrad. I dlatego kobiety zgłaszały się na front. Wojsko na nie wcale nie czekało. Bo co to znaczy wziąć człowieka do wojska? Trzeba go ubrać, obuć. Tymczasem totalitarne państwo nie miało zamiaru przystosowywać swojej armii do potrzeb kobiet. Kobiecie trzeba dać buty innego rozmiaru, a one chodziły w tych wielkich męskich buciorach. Kobiety trzeba inaczej ostrzyc, potrzebni są inni fryzjerzy. A je strzygli tak jak mężczyzn, tylko grzywki zostawiali. One chodziły w męskich majtkach i potem opowiadały, że najstraszniejsze było chodzić przez pięć lat w męskich gaciach. Kobietom potrzebne są tampony albo przynajmniej wata, a tego nie starczało nawet dla rannych. Jednak to był własny wybór tych kobiet.

Polski słownik w komputerze podkreśla wyraz „artylerzystki” jako błąd. A Pani jeździła po Związku Radzieckim i rozmawiała z kilkuset snajperkami, pilotkami, czołgistkami, artylerzystkami. Takie równouprawnienie to rosyjski czy komunistyczny fenomen?

Dziś powiedzielibyśmy, że to feministyczny fenomen. Sowiecka władza zarządziła równouprawnienie kobiet. Po wojnie to się działo oczywiście tylko na poziomie deklaracji, bo mężczyźni szybko wyprawili kobiety z powrotem do kuchni. Jednak przed wojną istniały już te wszystkie hasła typu „Kobiety na traktory”. W wojsku też miało obowiązywać równouprawnienie. Kobietom nie pozwalano tylko służyć w marynarce wojennej. Mężczyźni uważali, że kobieta na okręcie oznacza nieszczęście.

Postępowi byli ci komuniści.

Socjalizm proponował alternatywną wersję cywilizacji. Bolszewicy głosili hasło: „Żelazną ręką zaprowadzimy ludzkość do szczęścia”. To się skończyło morzem krwi. Jednak gdyby nie te wszystkie idee, Związkowi Radzieckiemu nie udałoby się oprzeć hitlerowcom. Tak naprawdę walczyły przeciw sobie dwa faszyzmy. Tylko że faszyzm stalinowski jeszcze mniej dbał o człowieka. Mój ojciec mi opowiadał, że gdy wpadali do niemieckich okopów, nie mogli się nadziwić, ile tam było dobra. Niemcy mieli nawet kawę w termosach. A w sowieckim wojsku tylko kasza i bielizna, której nie zmieniali miesiącami. Wygrał bardziej surowy faszyzm. Inna sprawa, że zbyt mało ceniono ludzkie życie i to budzi mój protest. Ale sami ci ludzie wzbudzają we mnie zachwyt.

Jak Pani odnajdywała bohaterki swojej książki i do nich docierała?

Przez Związek Weteranów, który miał spis tych kobiet. Gdy już dotarłam do nich, one informowały mnie o innych kobietach. Spotykałam je też na corocznych uroczystościach Dnia Zwycięstwa 9 maja, gdy przyjeżdżają one do większych miast.

W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że na Zachodzie w tak otwarty sposób jak na Wschodzie ludzie rozmawiają tylko u psychoanalityka. To pewnie pomagało w pracy?

Gdyby nie to, nie udałoby mi się uprawiać tego gatunku, w którym się poruszam. Moje ucho przywykło od dzieciństwa do tych szczerych opowieści. Na przykład 9 maja przyjechałam do Moskwy. Weteranów ulokowali w wielkich hotelach. Wchodzisz do pierwszego lepszego pokoju, a tam siedzą kobiety i mężczyźni, od razu sadzają cię za stołem i zaczynają opowiadać. A rozmowy o cierpieniu to w Rosji tradycja. Tak na marginesie: już zanika.

Jednak Pani bohaterki chyba nie od razu opowiadały, jak cierpiały, nosząc męskie majtki, albo jak się cieszyły z obserwowania zadawania Niemcom śmierci?

No, to już jest praca dziennikarza. Przychodzi pan do człowieka wychowanego w systemie totalitarnym. Z jednej strony ma on swoje prywatne życie, a z drugiej zna kanony, którym powinien się podporządkować. I zaczyna: „My, radzieckie kobiety…”. A mężowie chcieli im pomagać, podpowiadać, co mają mówić. Albo po prostu sami chcieli opowiadać. Ja wtedy mówiłam, że przyszłam do żony. A oni: „A co ona może pani opowiedzieć, co ona tam widziała…”. Same kobiety też długo opowiadały tylko to, co przeczytały w gazetach. Potrzebowałam sporo czasu, by te banały wyeliminować.

Jak je Pani otwierała?

Po ludzku. Zawsze staram się z drugim człowiekiem rozmawiać jak z przyjacielem. Rozmawia się długo z taką kobietą i ona nagle zaczyna mówić, co u jej córki, co u przyjaciółki. Dążyłam do tego, by również o wojnie porozmawiać jak o życiu. Dziennikarza człowiek musi interesować, nie można go traktować tylko jako źródła informacji. Nie chciałam być przekaźnikiem suchych faktów: które okopy zostały zdobyte albo kiedy odbyła się jakaś bitwa. Interesujące jest, co człowiek wtedy czuł, jak dawał sobie radę, jak te kobiety po tym wszystkim, co przeszły, mogły wychowywać dzieci, a widziały przecież straszne rzeczy: podczas jednej bitwy ginęło 500–700 ludzi.
Kiedy pisałam książkę o Czarnobylu, pojechałam z angielskimi dziennikarzami do wsi w jego okolicach, której ludzie nie chcieli opuścić. Miejscowi zapraszają nas do stołu, a tam, wiadomo, chleb skażony, woda skażona. Niektórzy z przyjezdnych wyciągają ze swoich toreb kanapki. Widzę, że to już koniec rozmowy z miejscowymi. Więc siadam i jem z tego stołu. Nie mówię, że dobrze zrobiłam, że to było odpowiedzialne. Miałam małe dziecko, starszych rodziców, którym byłam potrzebna. Ale nie mogłam postąpić inaczej. Miałam wyciągnąć swoje kanapki, a potem pytać tych ludzi: „Opowiedzcie mi, proszę, o tym, jak pochowaliście córeczkę”?

Pani to nawet płacze razem z rozmówcami. Czy takie emocjonalne utożsamienie się z tymi, o których piszemy, nie wpływa na obiektywizm reportera?

Nie podoba mi się to ciągłe mówienie o obiektywizmie. Rozmawiam z amerykańskim reporterem, który napisał książkę o wojnie w Iraku, i on mi mówi, że starał się zachować obiektywizm! Wyobraziłam sobie, jak na bitwę pod Stalingradem przyjeżdża zagraniczny dziennikarz i próbuje tam zachować obiektywizm. Trudno nie być ani po stronie dobra, ani po stronie zła, trudno być tylko informatorem. Ten amerykański dziennikarz tłumaczył mi, że z powodu stronniczości Stany Zjednoczone przegrały wojnę w Wietnamie, że tę wojnę przegrano z powodu lewicowych dziennikarzy. I teraz zadaniem dziennikarzy ma być opowiadanie o jakiejś obiektywnej prawdzie. Ja tak nie mogę. Płakałam razem z moimi bohaterkami, które opowiadały mi o wojnie; płakałam w Afganistanie, gdy widziałam bezsens tego, co się tam działo. Trzeba pisać uczciwie, a nie obiektywnie.

W Pani książce kobiety opowiadają, że po wojnie nie przyznawały się, iż były na froncie. Bały się, że nie znajdą męża. Oskarżano je, że poszły na wojnę tylko po, by zabawiać się z cudzymi mężami. O tym niewiele jest w Pani książce.

Pyta pan o seks. Odrobinę o tym mówią. Na przykład jedna kobieta opowiada, że podczas walki nie było tak strasznie, jak po walce.

Dziś wiemy, że niektórzy oficerowie mieli całe haremy kochanek, nazywanych frontowo-polowymi żonami.

I kobieta opowiada, że poszła z jednym, mimo że go nie kochała, tylko po to, by inni dali jej spokój.

Lecz nie drążyła Pani tego tematu?

O tym najtrudniej się z nimi rozmawiało. To było inne pokolenie. Obowiązywało tabu dotyczące seksu. Przy innych książkach, w podobnych sytuacjach, zapewniałam, że zmienię nazwisko bohatera, bo jakie to ma znaczenie, czy ona jest Pietrowna, czy Iwanowna. Wtedy ludzie zaczynali mówić. Tu nie chcieli w ogóle mówić. I prawdę powiedziawszy, nie zmuszałam ich.

A może w tym przypadku powinna Pani porozmawiać z mężczyznami, może oni opowiedzieliby więcej?

A skąd! Próbowałam, też nie chcieli mówić.

Pani nauczyciel, białoruski pisarz Aleś Adamowicz, na wiele sposobów nazywał to, co Pani robi, na przykład: powieść świadectwo albo proza chóralno-epicka. Wciąż się Pani czuje dziennikarzem?

Zbieram materiały jak dziennikarz, ale pracuję nad nimi jak literat. To, co robię, nazywam opowieścią głosów. Każdy nosi w sobie jakiś genialny tekst: jeden ma w sobie dwie strony takiego tekstu, ktoś inny dwa zdania. Tego tekstu trzeba w człowieku poszukać, a potem go wydobyć. Przy czym ja nie uprawiam czystego dokumentu. Ja się zajmuję historią uczuć i tym, co ludzie zapamiętują.

Materiały do książki o kobietach na wojnie zbierała Pani na przełomie lat 70. i 80., kiedy Breżniew przykręcał śrubę, a druga wojna postrzegana była wciąż jako heroizm. Szefowie gazety „Nieman”, w której Pani pracowała, chyba zdawali sobie sprawę, że nikt tego nie wydrukuje?

Wtedy nawet nie myślałam, czy ktoś to wydrukuje, czy nie. Mnie ta wojenna tematyka po prostu bardzo zajmowała. Rozmowy o śmierci na wsi, gdzie prawie nie było mężczyzn, to była moja trauma z dzieciństwa. Chciałam to zrozumieć. Co prawda skończyłam dziennikarstwo i pracowałam w gazecie, ale w tym czasie praca w prasie nie była dla mnie zbyt interesująca.

Za czasów komunizmu w prasie trzeba było zginać kark albo nawet dać sobie złamać kręgosłup. A Pani wybrała tę robotę.

No tak, mojego ojca zwolnili z redakcji dużej gazety, bo nie spodobało się im, z kim się ożenił. Dlatego wyprowadził się na wieś, gdzie został nauczycielem i skończyła się jego kariera dziennikarska. Tylko że ja ze swoimi zdolnościami do nauk humanistycznych nie miałam wielu innych możliwości wyboru. Problemy zaczęły się już na studiach. Moja praca naukowa zdobyła pierwsze miejsce w Związku Radzieckim. W nagrodę miałam odwiedzić miejsca za granicą związane z Leninem. Nie puścili mnie jednak, bo nie spodobała się im moja charakterystyka. Napisano w niej, że cały czas zadaję dysydenckie pytania. Po studiach nie pozwolono mi pracować w dużej gazecie, wysłano mnie do małej redakcji. Wtedy zastanawiałam się, czy może powinnam zostać nauczycielką, lecz zaczęły się zmiany, nastały czasy Gorbaczowa, a ja dostałam pracę w dużej „Sielskiej Gaziecie”, a potem w miesięczniku „Nieman”.

Z którego Panią po wydaniu w 1985 roku „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” wyrzucono. I obwiniono o burzenie heroicznego obrazu sowieckiej kobiety.

Mówili, że jeżeli będzie się drukowało takie książki, to w razie potrzeby nikt nie będzie chciał iść na wojnę, A gdy już książka się ukazała, na fali pierestrojki Gorbaczowa w ramach uznania za milionowy nakład dostałam odznaczenie. Jednocześnie na Białorusi wyrzucili mnie z pracy.
Całe to zamieszanie stąd, że w Moskwie zaczynały się już poważne zmiany, ale nie docierały jeszcze na prowincję, na Białoruś. Potem na Białorusi postsowieckie życie skończyło się totalitarnym reżimem. Za „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety” zwolnili mnie z pracy, a za „Ołowiane żołnierzyki” mnie sądzili.

Książka o kobietach na wojnie rozeszła się w byłym Związku Radzieckim w dwóch milionach egzemplarzy. Ludzie chcieli znać prawdę inną od tej oficjalnej, którą ich przez lata karmiono?

W tym okresie ludziom zachciało się prawdy. Okazało się jednak, że o ile takiej książki oni potrzebowali, o tyle kobiety, które były jej bohaterkami, wcale nie. Ich pierwszą reakcją było odrzucenie tej książki. Mówiły: „Syn mnie przestanie szanować. Co on o mnie pomyśli, gdy przeczyta o jakichś majtkach”. Nie przekonałam ich. Przekonali je czytelnicy – gdy o książce zaczęto pisać, powstawały spektakle teatralne. Wtedy uwierzyły, że to, co opowiadały, jest ważne.
Dlatego uważam, że rolą dziennikarza jest pokazywanie tego, czego nikt jeszcze nie pokazał. Na tym polega praca reportera. W przeciwnym razie nie ma sensu siadać do pisania. Należy ukazywać sprawy tak, jak jeszcze nikt ich nie pokazał, a nie powtarzać banały, które wypowiedziały już setki ludzi, w tym najlepsi dziennikarze. No i reporter nie powinien mieć nadziei, że jego bohaterowie ułatwią mu pracę.

Rok temu, 9 maja, w Dzień Zwycięstwa, byłem w Rosji. Widziałem, jak dzieci podbiegają do weteranów i dziękują im za wolność. Pani to już nie wzrusza?

Oczywiście, że tym ludziom trzeba oddać, co im należne. Moja książka też jest spłacaniem długu wobec nich. Jednak dochodzi do skrajności. W tym roku 9 maja w Internecie zobaczyłam zdjęcie, jak weterani stoją w szkole, a przed nimi cała klasa uczniów klęczy. Obok drugie zdjęcie ze Lwowa, jak milicja nie dopuszcza weteranów do miejsca, w którym chcą złożyć kwiaty. W jednym miejscu niewolnicze hołdy, w drugim awantura. Jedno i drugie straszne.
Jestem dumna z mojego ojca, który poszedł na front, kiedy był na drugim roku dziennikarstwa, i walczył do końca wojny. Ale było mi też bliskie to, co powiedział przed śmiercią swojemu przyjacielowi: „Te wszystkie nasze nagrody, ordery po naszej śmierci należy oddać nie do muzeów, a do cerkwi, bo mimo wszystko zabijaliśmy”. Oto, jak 60 lat po wojnie trzeba o niej mówić: że to był upadek człowieczeństwa.

Porozmawiajmy jeszcze o kobietach. Gdy jestem w Rosji i patrzę, jak tamtejsze kobiety dbają, by ich mężczyźni dobrze zjedli na czas, gdy obserwuję, jak rano wyjmują z szafy ubranie i kładą im na fotelu, żeby się nie trudzili – to zastanawiam się, czy to nie pokłosie tego, że po wojnie w Rosji brakowało mężczyzn?

Zawsze tak było, że mężczyzna jest najważniejszy, także za czasów carskich. Wojna mogła to tylko spotęgować. Pojechałam kiedyś z zagranicznym dziennikarzem do stanicy koło Rostowa nad Donem. Mieszkaliśmy w prywatnym hoteliku. Właścicielka przyniosła nam śniadanie. Dla mnie takie zwykłe, jakieś kanapki, kawa. A przed nim postawiła jeszcze jajecznicę z 16 jajek, a potem olbrzymi kubek śmietany. W kącie siedział młody mężczyzna, wokół którego ona od rana do wieczora biegała jak kura. Znajomy na mnie patrzy z niedowierzaniem. Powiedziałam mu wtedy: „Proszę bardzo, tak się traktuje rosyjskich mężczyzn”. Jednak wśród młodych ludzi to się już zmienia.

„Ja nie chcę więcej pisać o wojnie. Kiedy skończyłam »Wojna nie ma w sobie nic z kobiety«, długo nie mogłam patrzeć, jak to zwykle dziecko, uderzy się o coś nosem i cieknie mu krew, na wakacjach uciekałam od rybaków, wyrzucających na brzeg złapane ryby. Odrzucało mnie od ich zastygłych, wyłupiastych oczu”. Tylko że napisała to Pani w kolejnej książce o wojnie – „Ołowianych żołnierzykach”. O tej, którą ZSRR prowadził w Afganistanie.

Wojna w Afganistanie to kolejny etap „czerwonej cywilizacji” i nie mogłabym go pominąć. Nie chciałam pisać o wojnie, ale to u nas niemożliwe. Przyjechałam na wieś do domu, a tam w sąsiedniej miejscowości obłąkany chłopak, który wrócił z Afganistanu, były uczeń mojej mamy. Pojechaliśmy na cmentarz, a tam grób drugiego byłego ucznia mamy. Jakby mi to wszystko ktoś łyżkami do głowy wkładał – w końcu doszłam do wniosku, że trzeba o tym pisać.
Do wojny w Afganistanie wierzyłam jeszcze w socjalizm z ludzką twarzą, że – jak przekonywał Gorbaczow – należy go tylko poprawić. Po powrocie stamtąd nie miałam już złudzeń. Widziałam, co ci ludzie tam robili, jak po akcji bojowej wracają obwieszeni dywanami. W szpitalu natomiast sami afgańscy starcy, kobiety i dzieci, bez rąk, bez nóg. Daję malutkiemu chłopcu przykrytemu kołdrą pluszową maskotkę, a on chwyta ją zębami. Pytam Afgankę dlaczego. A ona ze złością odkrywa kołdrę i widzę, że chłopczyk nie ma rączek. I ona do mnie: „Widzisz, co twoi Rosjanie narobili”. Chciałam, żeby ludzie się dowiedzieli, co się tam naprawdę działo.

Jeden z tych, którzy wrócili z Afganistanu, wziął z kuchni tasak i poćwiartował nim człowieka. Innemu matka zamawiała prostytutki, gdy zaczynał szaleć. Sama mu się nawet oddała. Długo szukała Pani takich drastycznych historii?

Nie mogę powiedzieć, że długo. Sporo takich przypadków zdarza się u nas po wojnie w Afganistanie, ale też po wojnie w Czeczenii. Wie pan, ich tam nauczyli zabijać, za zabijanie dawali nawet nagrody. Dlaczego teraz ludzie w Rosji tak bardzo się boją milicji, bardziej niż bandytów? Bo prawie każdy w tej milicji przeszedł przez Czeczenię. Dla nich to nic niezwykłego zgwałcić, zabić człowieka, jeżeli ten nie da im pieniędzy. Zamiast policji mamy bandytów. Tych, którzy musieli zabijać, nie wolno zatrudniać tam, gdzie mieliby kontakt z bronią. A kobiety muszą żyć z tymi bohaterami.

Do Czeczenii jednak Pani nie pojechała.

Nie mogłam już patrzeć na zabitych ludzi. Poza tym nie miałam nowego pomysłu na kolejną książkę o wojnie. Wszystko, co miałam do powiedzenia na ten temat, napisałam w poprzednich.
Wie pan, wiele zależy od dziennikarzy, od tego, z której strony oni pokażą wojnę. W Afganistanie był razem ze mną dziennikarz z gazety „Zawtra”. On miał swoją wojnę: bohaterską wojnę w Afganistanie. Ja miałam swoją. Rozmawialiśmy z tymi samymi ludźmi. On pytał o bohaterstwo, a ja pytałam: „Za co masz tu umierać?”.

Zachodnie media – podobnie jak kiedyś sowieckie — nie zdają egzaminu, jeśli chodzi o przekazywanie obrazu obecnej wojny w Afganistanie?

Relacje z obecnej wojny w Afganistanie przypominają mi to, co pokazywano nam w Związku Radzieckim. Brakuje innego spojrzenia. Rozmawiałam niedawno z niemieckim dziennikarzem, który stamtąd wrócił. Mówił o tej wojnie podobnie jak ja dawniej: że nic tam po nas.

Na jednym ze zdjęć z Afganistanu jest Pani w mundurze, z przewieszonym przez ramię karabinem. Reporter wypada z roli, gdy bierze broń do rąk.

To było tylko na potrzeby zdjęcia. Nie chodziłam tam z karabinem. Proponowali mi, żebym sobie postrzelała. Wszyscy, którzy tam przyjeżdżali, aktorzy i aktorki, z przyjemnością strzelali. Ja odmówiłam. Przekonywali mnie, że bez tego nie będę miała wojskowej świadomości. „A może to dobrze, że nie będę jej miała” – odpowiadałam. Obawiałam się, że jeżeli będę strzelała, naruszy to jakąś normalność we mnie. „To przynajmniej sfotografuj się z bronią” – nalegali. Tyle mogłam dla nich zrobić.

Kilka razy wyprowadzała się Pani z Białorusi, ale zawsze wracała. Teraz mieszka Pani w Niemczech, na jak długo?

Już chcę do domu. Wygodne życie mnie nie interesuje. Świat, który znam, który mnie interesuje, jest gdzie indziej. Zawsze dziwię się ludziom, którzy chcą pisać o innych krajach. Powstaje później wiele dyletanckich książek. Gdybym miała pisać na przykład o Polsce, musiałabym wiedzieć, jakie piosenki tu matki śpiewają swoim dzieciom, o czym rozmawiali wasi ojcowie z innymi facetami, jakie były kiedyś żarty. Żeby to wszystko wiedzieć, trzeba od dziecka w tym wyrastać.

To znaczy, że Ryszard Kapuściński powinien był dać sobie spokój z pisaniem „Imperium” czy innych książek?

Nie, to była jego droga, którą szedł. Zresztą on też był częścią tego imperium. Mówiło się przecież, że Polska to najweselszy barak obozu socjalistycznego. Nie mówię, że nikt nie powinien pisać o innych krajach. Mówię, że to nie dla mnie.

Dlaczego nie pisze Pani po białorusku?

Czytam po białorusku, rozumiem białoruski, ale piszę po rosyjsku. Zajmuję się całym postsowieckim obszarem, a językiem „czerwonej cywilizacji” był właśnie rosyjski.

Chce Pani wracać na Białoruś, ale sama Pani pisała, że nie jest tam nikomu potrzebna.

Bo tam rządzi Łukaszenka. Prostym ludziom na Białorusi odpowiada jego władza. Dyskusje inteligencji o demokracji i wolności słowa brzmią dla nich jak bajka o żelaznym wilku. Gdy jadę tam na wieś, słyszę: „Swieta, o jaką wolność ci chodzi? U nas w sklepie na wsi jest tyle rodzajów napojów”. Łukaszenka wie, jak trafić do tych ludzi, jak do nich mówić i czym straszyć, bo jest taki sam jak oni. Ci ludzie chcą, żeby było jak dawniej w kołchozie: nic nie robić i coś, nawet niewiele, zarabiać. Wiedzą, że może do nich przyjść ten okropny rosyjski kapitalizm i będzie im wtedy o wiele trudniej.

Łukaszenka też zaczął walczyć z Pani książkami.

Od razu jak doszedł do władzy.

Władze na Białorusi nie pozwalają ich wydawać, usunęły je z listy lektur szkolnych. Co Łukaszence przeszkadza w tych książkach?

Po pierwsze, nieprawidłowe potraktowanie przeszłości. Po drugie, sama moja osoba, że jestem w opozycji wobec niego. Gdy teraz zaczął wsadzać ludzi do więzienia, napisałam do niego list otwarty, że dzieli kraj na dwie Białorusie. Że on odejdzie, a ten podział zostanie.

Na świadomość ludzi mogłyby wpływać niezależne media, lecz gdy w ubiegłym roku byłem w Mińsku, odniosłem wrażenie, że one same już nie wierzą w swoją siłę.

Cała nasza opozycja ma mnóstwo problemów. Jednak trudno mi o tym mówić teraz, kiedy właśnie wyroki dostają byli kandydaci opozycji na prezydenta, do więzienia wsadzają też młodych ludzi. Nie chciałabym, żeby jakieś moje krytyczne słowa wykorzystała władza.

Wiele osób i organizacji chciałoby pomóc niezależnym gazetom na Białorusi, ale nie wiedzą, czego one potrzebują. Co można im dać?

Trzeba ich szkolić, zapraszać do siebie, pokazywać. Po co oni od razu piszą, że Łukaszenka to zabójca, że to on zorganizował wybuch w metrze? To nie jest potrzebne. Niech wydrukują porządny materiał, dlaczego tylu ludzi popiera Łukaszenkę, skąd się to bierze. To będzie ciekawsze. Trzeba ich nauczyć schodzić do ludzi. Bo ludzi nie interesują ich dyskusje o wolności słowa i języku białoruskim. Trzeba ich nauczyć zajmować się konkretnymi problemami ludzi, nie tylko abstrakcjami.

Rozmowa ukazała się w "Press", w numerze 6/2011

Mariusz Kowalczyk

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

Dział: WYWIADY

Dodano: Listopad 20, 2015

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Moje teksty nie wyskakują jak diabeł z pudełka

Bianka Mikołajewska (fot. Rafał Masłow)

"Prawicowe media nie podjęły tematu SKOK ze względu na związki kas z politykami PiS i Lechem Kaczyńskim. Pozostałe prawdopodobnie się wystraszyły" - mówiła Bianka Mikołajewska w wywiadzie opublikowanym w "Press" (O6/2015)

Jak to było z pierwszą publikacją o Spółdzielczych Kasach Oszczędnościowo-Kredytowych? Trudno mi uwierzyć, że zaczęło się od listu czytelnika „Polityki”.

To była wypadkowa kilku rzeczy. Był faktycznie list klienta SKOK, który uskarżał się, że miała to być organizacja służąca ubogim, a w rzeczywistości naliczono mu gigantyczne odsetki i wszczęto windykację. Jednocześnie pojawiły się informacje, że Ministerstwo Finansów podjęło kolejną nieudaną próbę objęcia SKOK nadzorem. W tym czasie placówki kas wyrastały na każdym rogu ulicy. Większość informatorów zgłosiła się do mnie po mojej pierwszej publikacji na temat SKOK i z tego zaczęły się rodzić kolejne teksty, a za nimi szło zaufanie kolejnych informatorów.

Nie wierzę, że mąż – Piotr Niemczyk – współzałożyciel UOP, dziś prowadzący wywiadownię gospodarczą, nie przynosi do domu tematów dla dziennikarki śledczej. Często Pani z nich korzysta?

Może trudno w to uwierzyć, ale praktycznie w ogóle nie rozmawiamy o sprawach zawodowych. Rzeczywiście mogłaby się narodzić pokusa skorzystania z jakichś informacji, którymi by się ze mną podzielił.

Mieć dobre źródło w domu i nie korzystać?

Czasami mój mąż jest rozmówcą innych dziennikarzy i widzę, jak dobrze byłoby zasięgnąć u niego informacji o sprawach, o których piszę, ale nie robię tego. Odkąd się poznaliśmy, zrezygnowałam z pisania na tematy związane ze służbami. Dalej idącym rozwiązaniem byłoby całkowite wycofanie się z zawodu dziennikarza, ale na to nie mogę sobie pozwolić. Oddzielamy więc sprawy prywatne od zawodowych.

Czasem się nie da. Po Pani pierwszych publikacjach o SKOK Centralne Biuro Śledcze zainteresowało się nie tyle Panią, ile właśnie mężem.

Były to czasy rządów Prawa i Sprawiedliwości, a politycy tej partii mają skłonność do postrzegania wszystkiego w kategoriach spisku i doszukiwania się roli służb. Grzegorz Bierecki, ówczesny szef Kasy Krajowej SKOK, w tonie sensacji opowiadał politykom i dziennikarzom, że jestem związana z Piotrkiem. Chodziło o zbudowanie ciągu skojarzeń: Piotrek – służby – i jak to nazywał Bierecki: „atak na SKOK”. Tymczasem gdy Piotrek był w UOP, na początku lat 90. ubiegłego wieku, ja byłam jeszcze w liceum.

Czemu miało służyć to śledztwo CBŚ?

Kasa Krajowa oskarżyła mnie i Maćka Samcika z „Gazety Wyborczej” o pomówienie, z artykułu 212 Kodeksu karnego, a w szczególnych przypadkach może się włączyć w takie postępowanie prokuratura. Prokuratura w Gdańsku uznała, że taki szczególny przypadek wystąpił, bo w moich tekstach zostało pomówionych milion członków SKOK. To był totalny absurd, bo przecież nie pisałam o dziwnych biznesach miliona szeregowych członków kas, przeciwnie – występowałam w ich obronie. Potem prokuratura zleciła śledztwo CBŚ. Nie zostałam nawet przesłuchana, ale zgodnie z sugestiami władz Kasy Krajowej prześwietlano firmy i klientów mojego męża. Po jakichś dwóch latach sprawę umorzono.

Pani teksty śledcze o SKOK wyglądają, jakby były pisane przez sztaby ekspertów, a nie jednego dziennikarza. Dlatego niektórym nie chce się wierzyć, że nikt Pani nie pomaga w gromadzeniu materiałów. Ile czasu to Pani zajmuje?

Bardzo długo pracuję nad tekstami, nie tylko tymi śledczymi. Niezależnie od tego, czy piszę o tym, jak zarabiają dzieci, o syndykach, komornikach lub o SKOK – robię ogromny research. Myślę, że właśnie dzięki temu dostałam tyle nagród dziennikarskich. Moje teksty nie wyskakują nagle jak diabeł z pudełka, o czym doskonale wiedzą redakcje „Polityki” i „Gazety Wyborczej”, które często długo czekały na ich powstanie. Moi rozmówcy też wiedzą, jak długo pracuję nad tematem. Każdy z tekstów o kasach to było kilka tygodni pracy, dziesiątki rozmów i e-maili. W każdej chwili mogę udowodnić, że podpisane przeze mnie teksty są wyłącznie moje, bo gromadzę dowody na wypadek ewentualnych procesów, archiwizuję notatki oraz e-maile. Wszystkie teksty o kasach przeszły weryfikację sądową, niektóre kilkakrotną – żaden z rozmówców nie zaprzeczył, że ze mną rozmawiał, nie podważono wiarygodności żadnych przedstawionych przeze mnie dokumentów.

Portal braci Karnowskich wytknął Pani, że artykuł „Wielki SKOK” z 2004 roku w dużych fragmentach opierał się na tekście z raportu ABW. Wyliczono, że 5 tysięcy znaków to prawie dosłowne cytaty. Przytoczone podobieństwa rzeczywiście są bardzo duże.

Tylko że raportu ABW na temat SKOK nie było! Po publikacji portalu wPolityce.pl próbowałam się dowiedzieć, czy w tamtym okresie powstał jakikolwiek raport ABW o kasach. Ówczesny szef Agencji Andrzej Barcikowski twierdzi, że nie. Nie mam innej możliwości zweryfikowania tego. Jeśli dokument cytowany przez anonimowego autora portalu wPolityce.pl w ogóle istnieje, to powstał po mojej publikacji i na niej został oparty. Każdy, kto czytał jakikolwiek raport służb czy policji, wie, że są one pisane zupełnie innym językiem. Warto dodać, że głównym właścicielem portalu, który pisał o rzekomym raporcie ABW, są SKOK.

Dlaczego nie poszła Pani z tym do sądu?

Myślałam o tym, ale po kilkunastu procesach cywilnych z kasami i dwóch sprawach karnych wytaczanie nowej sprawy wydawało mi się koszmarem. Tym bardziej że musiałabym ciągnąć ją sama – bo chwilę wcześniej odeszłam z „Polityki”, a portal wPolityce.pl zapewne otrzymałby pomoc prawną ze strony SKOK. Wszystkie moje sprawy z kasami przeszły przez trzy instancje – aż do Sądu Najwyższego. W tym przypadku też by pewnie tak było.

Temat SKOK za Panią podjęła tylko „Gazeta Wyborcza”. Dziwiło to Panią?

Prawicowe media nie podjęły tematu ze względu na związki kas z politykami PiS i Lechem Kaczyńskim. Pozostałe prawdopodobnie się wystraszyły. Zadziałał pierwszy pozew o rekordowo wysokie odszkodowanie – 5 milionów złotych – który złożono przeciwko „Polityce”. Do tego SKOK były dużym reklamodawcą, a wielu dziennikarzy ekonomicznych korzystało z zaproszeń Kasy Krajowej na konferencje organizowane w egzotycznych krajach. Do 2004 roku SKOK i prezes Kasy Krajowej Grzegorz Bierecki mieli bardzo dobry wizerunek w mediach.

Ktoś, kto tak jak Pani ma lewicowe przekonania, powinien być raczej za rozwojem spółdzielczości i samopomocy, a nie przeciwko niej.

To jest właśnie dla mnie bolesne w tej sprawie. Sama idea stworzenia takich instytucji opartych na wzajemnym zaufaniu członków jest według mnie wspaniała. Ale została dawno zaprzepaszczona. Brak nadzoru nad tak szybko rosnącą organizacją finansową musiał się źle skończyć. 

Pisząc o SKOK, musiała mieć Pani świadomość, że ich osłabieniem zainteresowane są banki komercyjne i firmy pożyczkowe typu Provident. SKOK szybko stały się dla nich poważnym konkurentem, oferując wyżej oprocentowane lokaty, tańsze kredyty i tworząc sieć placówek porównywalną z PKO BP.

Oczywiście, że tak, ale wiedziałam, że żaden z konkurentów nie jest inspiratorem moich tekstów.
W sprawach gospodarczych zawsze ścierają się różne interesy, ale to nie powód, by o nich nie pisać. Chodzi o to, by pisać prawdę. W 2004 roku ówczesny prezes Związku Banków Polskich Eugeniusz Laszkiewicz zwrócił mi uwagę na to, że największym problemem SKOK jest to, że mają własny, wewnętrzny system ubezpieczeń depozytów, który nie wytrzyma ewentualnych kłopotów kas. Banki to przecież konkurencja SKOK. Ale gdyby wówczas ktoś wziął sobie do serca ostrzeżenia Eugeniusza Laszkiewicza, dziś sytuacja kas mogłaby być znacznie lepsza, a Bankowy Fundusz Gwarancyjny nie musiałby wypłacać ich klientom 3 miliardów złotych.

Ostatecznie niewiele Pani wskórała, pisząc swój serial. Objęcie SKOK nadzorem Komisji Nadzoru Finansowego i tak nastąpiło kilka lat za późno. Ma to wymierną cenę – już ponad 3 miliardy złotych wypłat z BFG. Za brak wystarczającego nadzoru nad spółdzielczymi kasami płacą więc banki, a nie Kasa Krajowa SKOK.

Niestety, organy państwa nie zadziałały prawidłowo. Tak się złożyło, że krótko po moich pierwszych publikacjach władzę przejęło PiS, któremu nie spieszyło się do wprowadzenia państwowego nadzoru w SKOK. Później rząd Platformy i PSL też zajmował się tym opieszale. Długo trwało, zanim zrozumiano, że może się z tego zrodzić poważny problem społeczny. Gdy wreszcie PO przeforsowała nowelizację ustawy o kasach, została ona skierowana przez Lecha Kaczyńskiego do Trybunału Konstytucyjnego i utknęła tam na trzy lata. To wszystko tak bardzo odwlekło wprowadzenie zewnętrznego nadzoru nad kasami, że trudno mieć poczucie pełnej satysfakcji. Ale cieszę się, że to w końcu się stało, bo mielibyśmy wielką katastrofę.

Paradoksem jest, że na razie największe problemy mają kasy, które z Kasą Krajową i senatorem Biereckim były akurat skłócone: SKOK Wołomin i SKOK Kopernik.

SKOK Kopernik rzeczywiście był w konflikcie z Krajówką, ale prezes SKOK Wołomin dostawał przecież jeszcze niedawno nagrody dla najlepszego menedżera ruchu SKOK, w tym najwyższą – Nagrodę Feniksa. Dziś Grzegorz Bierecki i  jego współpracownicy przekonują, że kłopoty miały tylko te dwie kasy, i to od czasu, gdy nadzór nad nimi objęła KNF.  W rzeczywistości kasy miały problemy finansowe od dawna, tylko je ukrywano, na przykład wyprowadzając złe długi do spółki w Luksemburgu.

Sytuację w SKOK Kopernik powiązanej z działaczem PO próbowano wykorzystać w kampanii prezydenckiej Andrzeja Dudy. Co Pani na to?

To odwracanie kota ogonem. Przecież oczywiste jest, że w kilkudziesięciu kasach są ludzie o różnych poglądach, można wśród nich znaleźć działaczy każdego ugrupowania. Ale problem SKOK to nie jest problem poszczególnych kas, tylko Kasy Krajowej i tego, na co ona zarządom poszczególnych kas pozwalała. Ona wręcz namawiała zarządy kas, aby poprawiały swoje wyniki różnymi sztuczkami.

Pani pisała o SKOK 11 lat, organy państwa podchodziły do sprawy jak do jeża, aż wreszcie politycy rzucili się na temat w tegorocznej kampanii wyborczej. Ucieszyło to Panią czy zmartwiło?

Mam poczucie rozczarowania, bo przez to, że tak długo zabierano się do uregulowania sprawy, została zmarnowana ogromna energia społeczna, entuzjazm ludzi, którzy uwierzyli w piękną ideę samopomocy finansowej. Przecież wielu pracowało tam społecznie, poświęcili swój czas. Aby ratować tę ideę, przyjeżdżali na komisje sejmowe, skarżyli się w różnych instytucjach na potężniejącą Kasę Krajową, ale bezskutecznie.

Gdyby Pani napisała o zbyt drogim zegarku ministra, skutek byłby błyskawiczny.

To są łatwiejsze sprawy do załatwienia.

Ale o znikomym znaczeniu społecznym. To prawda, że to sztab Komorowskiego wyciągnął w kampanii SKOK jako pierwszy?

Nie wiem. Usłyszałam to w wypowiedzi jednego z polityków PiS. Według mnie to, że sprawa SKOK wróciła niedawno do debaty publicznej, wyjaśnia fakt, że dopiero niedawno KNF objęła je swoim nadzorem i od niedawna znamy rzeczywistą sytuację finansową kas. W moje teksty można było wierzyć albo nie. Przecież prezes Grzegorz Bierecki przez wiele lat twierdził, że w moich artykułach nie ma słowa prawdy. Z raportów KNF wynika, że sytuacja kas jest gorsza, niż przypuszczałam. To, czy sprawa jest wykorzystywana politycznie, ma dla mnie drugorzędne znaczenie. Najważniejsze jest, by członkowie SKOK nie stracili pieniędzy, by sytuacja poszczególnych kas została wyprostowana i by mogły funkcjonować na normalnych zasadach. Dziś szefowie kas są dużo odważniejsi, bo nie boją się już Grzegorza Biereckiego.

Najtrudniejsze w pisaniu o SKOK było chyba takie opisywanie wad systemu, aby nie spowodować paniki wśród klientów kas?

To był problem od pierwszej publikacji. Pamiętam, jak ważyliśmy z Maćkiem Samcikiem słowa, pisząc w 2013 roku w „Gazecie Wyborczej” o tym, że depozyty w SKOK nie są objęte gwarancjami, bo towarzystwo ubezpieczeń należące do systemu SKOK wypowiedziało im umowy ubezpieczenia. Wtedy 44 kasy na 55 musiały przeprowadzać postępowanie naprawcze, a  kilka było na granicy bankructwa. Przewodniczący KNF Andrzej Jakubiak mówił ostatnio, że gdyby wówczas klienci przestraszyli się, że stracą oszczędności, kasy już by dziś nie istniały – zadziałałby efekt domina. 

I tak będzie Pani uchodzić na prawicy za dziennikarkę antypisowską. Chciała rozwalić SKOK, procesowała się ze Zbigniewem Ziobrą, zeznawała przed sądem dyscyplinarnym adwokatów przeciwko Marcinowi Dubienieckiemu – mężowi Marty Kaczyńskiej.

Przyklejanie takich łatek zupełnie mi nie przeszkadza. Gdy zaczynałam swoją pracę, mając lewicowe poglądy, pisałam o aferze związanej z Andrzejem Pęczakiem oraz Wojewódzkim Funduszem Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Łodzi. Wtedy zarzucano mi, że jestem antyeseldowska.

Przeglądając Pani teksty śledcze w „Polityce”, nie znalazłem wielu, w których uderzałaby Pani w Platformę Obywatelską. Znalazłem ten o kupowaniu psim swędem i za psi grosz działek przez notabli Lasów Państwowych i między innymi senatora PO w rezerwacie przyrody na Mazurach.

Teraz właśnie pracuję nad tekstem, który w dużej części dotyczy ludzi sprawujących władzę.

Władza obrasta w tłuszcz, uodparnia się na krytykę i to właśnie jej przede wszystkim dziennikarze powinni patrzeć na ręce.

Nie będę miała problemu z napisaniem tekstu o aferze związanej z PO.

Tylko że informatorzy mogą nie chcieć zgłaszać takich tematów do dziennikarki z szufladki anty-PiS.

Mam nadzieję, że nie będą myśleć w ten sposób. Ale dziś już sama praca w danym tytule oznacza zaszufladkowanie.

W „GW” wytknęła Pani wdowie po Przemysławie Gosiewskim, że bierze pieniądze z fundacji SKOK na dzieci, choć od razu Pani zaznaczyła, że zgodnie z prawem nie musi ich deklarować w oświadczeniu majątkowym. Bartosz Marczuk w „Rzeczpospolitej” pisał, że należy się Pani za to nominacja do tytułu Hieny cmentarnej. Dlaczego Pani w ogóle podjęła ten temat, skoro nie ma tu nadużycia?

Przemysław Gosiewski lobbował w sprawie kilku ustaw korzystnych dla SKOK. Wcześniej dostał od nich pożyczkę na kampanię wyborczą, której miesięczne raty były wyższe od jego wynagrodzenia. A później okazało się, że wdowa po nim, pani senator, dostaje stałą pomoc w wysokości kilku tysięcy złotych od fundacji związanej z kasami. Gdyby była osobą niezaangażowaną politycznie, to by mnie to nie interesowało. Ale jest senatorem i członkiem senackiej komisji finansów publicznych. Sytuacja jest co najmniej dwuznaczna.

Dlaczego Pani odeszła z „Polityki”? Tyle lat w takiej redakcji i nagle zmiana?

Zaczynałam jeszcze na studiach w łódzkiej „Trybunie”, ale „Polityka” była moim pierwszym prawdziwym miejscem pracy. Po 13 latach czułam się zmęczona, głównie konsekwencjami procesowymi pisania o SKOK, związanym z tym poczuciem odpowiedzialności. Przed moimi tekstami o SKOK w redakcji „Polityki” jeden proces na rok był dużym wydarzeniem. A tu nagle spadło na redakcję tyle procesów, i to o takie sumy! Po tym wszystkim poczułam, że potrzebuję nowego impulsu. Pomyślałam, że jeśli pójdę do nowej redakcji, wstąpi we mnie nowa siła. Nie przewidziałam jednak, że krótko po moim odejściu zachoruje mój syn i będę musiała poświęcić mu więcej czasu. Na mój brak pełnej dyspozycyjności inaczej patrzono by pewnie w „Polityce” niż w nowej redakcji, ale nie wszystko w życiu da się przewidzieć.

A za Pani odejściem z „Polityki” nie kryją się sprawy finansowe? Akurat wtedy dzielono między pracowników udziały w nowo powstającej spółce Polityka. Młodym pracownikom nie zaproponowano tyle, na ile liczyli.

Były jakieś niesnaski, ale to nie była przyczyna mojego odejścia. Choć wzbudziło ono sensację. Pamiętam, że kiedy zaczynałam pracę w redakcji, usłyszałam od Zdzisława Pietrasika, że z „Polityki” się nie odchodzi, chyba że na cmentarz (śmiech).

W „Wyborczej” chciała Pani zacząć od nowa i zostawić temat SKOK. Ale się nie dało. Wierzy Pani, że uda się jej kiedyś ten temat porzucić?

Obiecywałam to sobie już wiele razy, ale nie mogę przecież powiedzieć redakcji, że się na tym nie znam. Poza tym okazało się, że po moich publikacjach sprzed lat w kasach nastąpiło wiele niepokojących przekształceń. Uznałam, że nikomu nie będzie się chciało w tym grzebać, aby pokazać te nieprawidłowości. Czasami myślę, że rozminęłam się z powołaniem, że powinnam zostać prokuratorem – jestem strasznie skrupulatna, lubię szczegóły, na które w tekstach nie ma miejsca.

Są jeszcze chwile satysfakcji w Pani zawodzie?

Niewielu dziennikarzy może powiedzieć, że udało im się zmienić prawo, a my z Maćkiem Samcikiem możemy to sobie przypisać. Długo to trwało, ale w końcu się udało.
Może to pana zaskoczy, ale wielką satysfakcją był dla mnie felieton redaktora Jerzego Baczyńskiego w „Polityce” opublikowany po tym, jak KNF objęła nadzór nad SKOK. Opisywał on moje zasługi w tej sprawie, a wówczas już nie pracowałam w tygodniku. Moja mama po lekturze felietonu popłakała się ze wzruszenia.  
Czasem są to gorzkie satysfakcje. Dwa lata temu spotkałam się z Andrzejem Pęczakiem, którego pamiętałam z czasów, gdy trząsł województwem łódzkim i gdy pisałam o związanych z nim aferach. Teraz jest to złamany człowiek, któremu rozsypało się wszystko. Tłumaczę sobie, że to on za to odpowiada, a nie dziennikarze. Ale zawsze pozostaje pytanie: czy było warto?

Bianka Mikołajewska

Absolwentka filozofii na Uniwersytecie Łódzkim. Jako dziennikarka zaczynała w „Trybunie Łódzkiej” (1997–1998). W latach 2000–2013 pracowała w „Polityce”, od dwóch lat związana z „Gazetą Wyborczą”. Wielokrotnie nagradzana za materiały śledcze, ale też teksty o tematyce społecznej i ekonomicznej. W 2005 roku zdobyła Grand Press w kategorii Dziennikarstwo specjalistyczne za cykl artykułów o Spółdzielczych Kasach Oszczędnościowo--Kredytowych. Do Grand Press była też nominowana w 2002, 2004 i 2006 roku. W tym roku odebrała Nagrodę Specjalną im. Dariusza Fikusa i Nagrodę Radia Zet im. Andrzeja Woyciechowskiego. Laureatka konkursów Fundacji im. Stefana Batorego, Narodowego Banku Polskiego i Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Grzegorz Kopacz

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

PODOBNE ARTYKUŁY