Dział: WYWIADY

Dodano: Grudzień 16, 2014

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Niedobrze robi mi się tylko na filmach

Judyta Watoła (Fot. Bartłomiej Ryży/Press)

Rozmowa z Judytą Watołą, współautorką tekstu „Zakładanie twarzy” nagrodzonego Grand Press w kategorii Dziennikarstwo specjalistyczne.

Którego z chirurgów transplantologów, bohaterów tekstu "Zakładanie twarzy" podziwia Pani najbardziej?

Profesora Jean-Michela Dubernarda z Lyonu, który przeprowadził pierwszy na świecie przeszczep dłoni i uczestniczył w pierwszym przeszczepie twarzy. Dla dziennikarzy to taki francuski Religa – pełen wdzięku, świetny rozmówca. On spośród wszystkich chirurgów, z którymi rozmawialiśmy ma najszersze spojrzenie - nie zachłystuje się sukcesem, wie, że to dopiero początki – 30 przeszczepów twarzy na całym świecie.

I wiele problemów etycznych, które pokazuje choćby nominowany w innej kategorii Grand Press 2014 reportaż „Rysy”.

Nawet się zastanawiałam, czy skoro „Rysy” zostały nominowane, to my mamy szansę na nagrodę.
Ale ja też pisałam po przeszczepie: że lekarze przekroczyli granicę, bo dali materiał, który nie powinien ujrzeć światła dziennego, ten z kawałkiem pobranej twarzy w misce. Poza tym medialnie całe przedsięwzięcie było bardzo źle zorganizowane: powiedzieli, że przeszczepili twarz i że konferencja będzie następnego dnia.

I wszyscy zaczęli szukać...

W ten sposób wydostała się informacja, skąd jest dawca i dziennikarze dotarli do matki, która opowiadała, że nie ma pieniędzy na nagrobek. Wiedziałam, że gdy zobaczy to Grzegorz, który dostał twarz jej syna, wzbudzi to w nim poczucie winy. Po piętnastu latach pisania o przeszczepach uważam, że zachowanie tajemnicy jest bardzo ważne, a jej niedochowanie grozi poważnymi konsekwencjami dla obu stron. Czasem trzeba chronić biorcę przed rodziną dawcy, która jeszcze nie przeżyła swojej żałoby i chce przelać na niego całą swoją miłość. Mogłaby go nią zadręczyć, gdyby się kiedyś spotkali. A przeszczep twarzy to sto razy bardziej delikatna materia niż przeszczep serca.

Skąd u Pani zainteresowanie przeszczepami już piętnaście lat temu?

Przyszłam do „Gazety Wyborczej” w Katowicach i najpierw dostałam działkę edukacja. Po kilku miesiącach okazało się, że reforma już weszła w życie i w dziale edukacja nie potrzeba drugiej dziewczyny – bo byłam druga. I skierowano mnie do działu zdrowie. Ucieszyłam się, bo miałam wielu znajomych lekarzy i myślałam, że to będzie fajne. Ale nie zawsze jest. Bo jak się chce być szczerym, to się czasem i znajomym na odcisk nadepnie i paru już straciłam.

Współautorem tekstu o przeszczepianiu twarzy jest Dariusz Kortko. A przecież faceci mdleją nawet przy pobieraniu krwi...

Na operacje chodzę ja. Obserwowanie pracy chirurgów jest fascynujące. Trudno się oderwać. Zwłaszcza to, co robią neurochirurdzy, zaglądanie do mózgu – to jest niesamowite. Albo człowiek z tętniakiem, przecięty na wskroś – właściwie ne wiadomo, z której strony się go ogląda, widok jest niesamowity. Gdy widzę operację na filmie, czasem robi mi się niedobrze, ale na sali operacyjnej – nigdy.

Dziennikarz nie ma problemu z wejściem na salę operacyjną?

Przeważnie nie. Dziennikarza wpuszczą prędzej niż na przykład lekarza rodzinnego. Oczywiście operacji przeszczepiania twarzy na żywo nie widzieliśmy. To byłby chyba jednak skandal.

Na swoją twarz w lustrze patrzy Pani teraz inaczej?

Zdecydowanie krytycznie. A co do Darka to się nie wypowiadam. On jest chyba zadowolony.

Dorota Jastrzębowska

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

Dział: WYWIADY

Dodano: Grudzień 18, 2014

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Nie tylko kominy

Rozmowa z Elżbietą Sidi, autorką tekstu „Serdecznie witamy w Auschwitz”, nagrodzonego Grand Press 2014 w kategorii Publicystyka

 

 

Gdzie wpadła Pani na pomysł napisania tego tekstu? W Polsce czy w Izraelu?

Początek wyjazdów młodzieży izraelskiej do Polski w 1988 roku zbiegł się z grubsza z datą mojej emigracji do Izraela w 1991 roku. Mogłabym powiedzieć, że tekst ten pisałam – w przenośni - przez ostatnie dwadzieścia kilka lat, od czasu kiedy tu przyjechałam i przedstawiając się jako Polka zaczęłam się spotykać z traumatycznymi reakcjami Izraelczyków na kraj, z którego pochodzę. Najczęstsze asocjacje z Polską to Zagłada, antysemityzm, socjalizm i dowcipy o „Polaniot”, czyli polskich Żydówkach. Stwierdzenie „Moja noga nigdy w Polsce nie powstanie” często pada w Izraelu.

Pani dzieci też uczestniczyły w wycieczkach edukacyjnych do Polski?

Dziewięć lat temu wyjechała do Polski klasa mojego syna z liceum w Giwatajim. Choć była to jedna z niewielu w tamtych czasach wycieczek edukacyjnych, które już miały w planie zwiedzanie Wieliczki, Krakowa i Warszawy, a nie tylko obozów, po raz pierwszy widziałam wtedy traumatyczny wpływ takich wypraw na młodych Izraelczyków.

Jak więc mówić o Zagładzie?

Należy o niej mówić. Nie można jednak dopuścić do tego, by wizerunek Polski automatycznie kojarzony był ze śmiercią. Może modelem naprawy stosunków mogłyby być Niemcy, które zostały rozgrzeszone przez Izraelczyków. Dziś to dla nich nowy kraj - interesujący, bogaty, godny naśladownictwa, popierający Izrael. Kiedy się pytam, czy kojarzy się im z wojną, zwykle odpowiadają: "Przecież to już zupełnie inne pokolenie”. Może właśnie dlatego, że tam nie jeździ się na wycieczki szlakami nazizmu?

Jest nadzieja, że i nasz kraj zacznie się Izraelczykom kojarzyć pozytywnie?

We wrześniu 2011 roku Ministerstwo Oświaty opublikowało po raz pierwszy oficjalny raport oceniający zadania edukacyjne wycieczek młodzieży izraelskiej do Polski. Wśród tych zadań widniał również postulat kontaktów z Polakami i walka ze stereotypami. Okazało się, że po 20 latach „kontaktów z Polską” tylko 13 procent młodzieży izraelskiej ma pozytywny stosunek do Polski i Polaków. 34 proc. młodzieży ze świeckich szkół państwowych uważa, że wycieczki umożliwiają im kontakt z Polakami, a wśród młodzieży religijnej ze szkół państwowych tylko 4 proc. spotkało się w Polsce z jej mieszkańcami. Jest tak, ponieważ program wycieczek, jeśli nawet zawiera w planie zwiedzanie Polski czy kontakty z Polakami, często jest tak modelowany, że do tych kontaktów nie dochodzi, lub są one jednostkowe.

Izrael jest z tych wyników zadowolony?

Uważa te wycieczki za wielki sukces. Po przyjeździe z Polski zgodnie z izraelskim raportem aż 92 proc. młodych Izraelczyków tuż przed służbą wojskową „zrozumiało znaczenie istnienie państwa Izraela dla narodu żydowskiego”, a „83 proc. znaczenie istnienia Sił Obrony Izraela”. Polska jest doskonałym poligonem patriotyzmu dla Izraelczyków. Dlatego jakakolwiek zmiana to trudna i delikatna sprawa. Polska nie chce być posądzona o antysemityzm. Stosunki gospodarczo-polityczne pomiędzy krajami świetnie się rozwijają. Wycieczki to źródło dochodu dla wielu ludzi.

Co więc można zrobić?

Aranżować pozytywne wydarzenia w czasie wycieczek, takie jak spotkania z młodzieżą izraelską w Polsce, wymiana młodzieży nie związana z Szoah, wymiana delegacji. Należy inwestować zdecydowanie więcej funduszy w ten projekt poznania i pojednania między izraelskimi i polskimi uczniami oraz nauczycielami. Może np. zaproponować wspólne uroczystości na terenach obozów, mieszane delegacje Polaków i Izraelczyków? Wspaniale, że powstało Muzeum Żydów Polskich w Warszawie, gdzie nareszcie widać, że nie ma historii Żydów Polskich bez historii Polski i odwrotnie. To muszą zrozumieć  Izraelczycy.

 

Rozmawiała Dorota Jastrzębowska
(Fot. Katarzyna Sikora)

(18.12.2014)

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

PODOBNE ARTYKUŁY