Dział: WYWIADY

Dodano: Grudzień 15, 2014

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Czasami mam już dość

Sylwester Latkowski (Fot. Bartłomiej Ryży/Press)

Rozmowa z Sylwestrem Latkowskim, redaktorem naczelnym „Wprost”, którego zespół zdobył Grand Press w kategorii News

O aferze podsłuchowej pisały nie tylko media krajowe, ale i zagraniczne. Biorąc się za ten temat zdawaliście sobie sprawę, że będzie budził aż takie kontrowersje?

Nie spodziewałem się przede wszystkiem tego, że część dziennikarzy nie rozumie, jaką rolę pełnią media. My nie jesteśmy od cenzurowania tego, co podamy opinii publicznej, zachowywania zdobytych informacji dla siebie, dywagowania nad nimi. Jesteśmy od przekazywania informacji opinii publicznej bez względu na konsekwencje. Zagraniczne redakcje to dostrzegły i też informowały, co jest na taśmach. Dzięki nim poznaliśmy nieznaną twarz polskiej polityki i polityków.

Niektórzy zarzucali Wam, że ujawniając prywatne rozmowy polityków szkodzicie polskiej polityce zagranicznej.

Żadna z ujawnionych rozmów nie była prywatna. W nagraniach była mowa o sprawach Polski, o polityce. Politycy nie są osobami prywatnymi. Środowisko dziennikarskie od dawna jest podzielone, dlatego też taka reakcja niektórych mediów.
Uderzyliśmy w establishment, który poniekąd finansuje część mediów. Nie chcę obrażać kolegów dziennikarzy, że są na pasku konkretnych koncernów i że są od nich uzależnieni, bo wiem, jak ciężka jest sytuacja każdego medium. Publikując taśmę z prezesem Orlenu wiedziałem, że zrobi to, co zapowiedział, czyli zabierze nam reklamy. Ale nie jesteśmy od tego, żeby się przypodobać temu prezesowi czy tamtemu politykowi.

Dlaczego powstały dwie książki o aferze taśmowej - jedna Pana, a druga Piotra Nisztora. Wy też się różnicie co do oceny tych materiałów?

Każdy z nas ma prawo opowiedzenia, jak to wyglądało od wewnątrz. Niewiele osób wie, jaka swoboda panuje w redakcji „Wprost”. W redakcji nie ma zamordyzmu. Jak przejąłem stery we „Wprost” chciałem, by silne osobowości mogły się rozwijać. „Wprost” nie ma lansować mnie, ale dziennikarzy. Bardzo się cieszę z sukcesu Magdy Rigamonti, na którą postawiłem od razu, jak przyszedłem. Podobnie z Michałem Majewskim. W tej redakcji nie boimy się osobowości, tworzymy zespół, chociaż czasami się różnimy. Ale nie różni nas dążenie do prawdy.

A nie jest tak, że afera taśmowa spadła „Wprost” jak manna z nieba?

Chwilowo podniosła sprzedaż naszego tygodnika, ale ne temacie skorzystały też media, które nas krytykowały. Zastanawiało mnie, dlaczego media, które nas tak glanowały, budują swoje teksty na naszych cytatach. Ostatecznie każde medium coś zyskało, ale to my musimy się tłumaczyć, że ludzie chcieli poznać prawdę.
Cieszy mnie, że nagrodę otrzymaliśmy właśnie w kategorii News, bo potrafimy odróżnić news od dziennikarstwa śledczego. Ten temat właśnie pod kątem tej kategorii powinien być rozpatrywany.

W ubiegłym roku sprawa ministra Sławomira Nowaka, potem wojna z MDI, teraz afera taśmowa. Nadal będziecie wkładać kij w mrowisko?

Chwilami mam dość i może dlatego będę robił drugą odsłonę filmu od którego zaczynałem - „Blokersów”. Powoli chcę wracać do filmu, bo czasami mam dość środowiska dziennikarskiego. Byłem zszokowany, kiedy jeden z dziennikarzy mówił, że mnie powinno się wyprowadzić w kajdankach za to, że broniłem najważniejszą rzecz, jaką dziennikarz musi zapewnić rozmówcy, czyli zachowanie tajemnicy dziennikarskiej. To sytuacja zupełnie dla mnie niezrozumiała, dlatego czasami zastanawiam się po co mam nadal obrywać?
W środowisku dziennikarskim brakuje solidarności. Ostatni przykład to zatrzymania dziennikarzy w siedzibie PKW. Uważam, że gdyby nie było tam fotoreportera PAP, to nikt by się nie zająknął o reporterze Telewizji Republika. I to jest smutne. My możemy się różnić, dzielić, ale w pewnych kwestiach, jak tajemnica dziennikarska, powinniśmy być zawsze solidarni.

Daria Różańska

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo

Dział: WYWIADY

Dodano: Grudzień 16, 2014

Narzędzia:

Drukuj

Drukuj

Niedobrze robi mi się tylko na filmach

Judyta Watoła (Fot. Bartłomiej Ryży/Press)

Rozmowa z Judytą Watołą, współautorką tekstu „Zakładanie twarzy” nagrodzonego Grand Press w kategorii Dziennikarstwo specjalistyczne.

Którego z chirurgów transplantologów, bohaterów tekstu "Zakładanie twarzy" podziwia Pani najbardziej?

Profesora Jean-Michela Dubernarda z Lyonu, który przeprowadził pierwszy na świecie przeszczep dłoni i uczestniczył w pierwszym przeszczepie twarzy. Dla dziennikarzy to taki francuski Religa – pełen wdzięku, świetny rozmówca. On spośród wszystkich chirurgów, z którymi rozmawialiśmy ma najszersze spojrzenie - nie zachłystuje się sukcesem, wie, że to dopiero początki – 30 przeszczepów twarzy na całym świecie.

I wiele problemów etycznych, które pokazuje choćby nominowany w innej kategorii Grand Press 2014 reportaż „Rysy”.

Nawet się zastanawiałam, czy skoro „Rysy” zostały nominowane, to my mamy szansę na nagrodę.
Ale ja też pisałam po przeszczepie: że lekarze przekroczyli granicę, bo dali materiał, który nie powinien ujrzeć światła dziennego, ten z kawałkiem pobranej twarzy w misce. Poza tym medialnie całe przedsięwzięcie było bardzo źle zorganizowane: powiedzieli, że przeszczepili twarz i że konferencja będzie następnego dnia.

I wszyscy zaczęli szukać...

W ten sposób wydostała się informacja, skąd jest dawca i dziennikarze dotarli do matki, która opowiadała, że nie ma pieniędzy na nagrobek. Wiedziałam, że gdy zobaczy to Grzegorz, który dostał twarz jej syna, wzbudzi to w nim poczucie winy. Po piętnastu latach pisania o przeszczepach uważam, że zachowanie tajemnicy jest bardzo ważne, a jej niedochowanie grozi poważnymi konsekwencjami dla obu stron. Czasem trzeba chronić biorcę przed rodziną dawcy, która jeszcze nie przeżyła swojej żałoby i chce przelać na niego całą swoją miłość. Mogłaby go nią zadręczyć, gdyby się kiedyś spotkali. A przeszczep twarzy to sto razy bardziej delikatna materia niż przeszczep serca.

Skąd u Pani zainteresowanie przeszczepami już piętnaście lat temu?

Przyszłam do „Gazety Wyborczej” w Katowicach i najpierw dostałam działkę edukacja. Po kilku miesiącach okazało się, że reforma już weszła w życie i w dziale edukacja nie potrzeba drugiej dziewczyny – bo byłam druga. I skierowano mnie do działu zdrowie. Ucieszyłam się, bo miałam wielu znajomych lekarzy i myślałam, że to będzie fajne. Ale nie zawsze jest. Bo jak się chce być szczerym, to się czasem i znajomym na odcisk nadepnie i paru już straciłam.

Współautorem tekstu o przeszczepianiu twarzy jest Dariusz Kortko. A przecież faceci mdleją nawet przy pobieraniu krwi...

Na operacje chodzę ja. Obserwowanie pracy chirurgów jest fascynujące. Trudno się oderwać. Zwłaszcza to, co robią neurochirurdzy, zaglądanie do mózgu – to jest niesamowite. Albo człowiek z tętniakiem, przecięty na wskroś – właściwie ne wiadomo, z której strony się go ogląda, widok jest niesamowity. Gdy widzę operację na filmie, czasem robi mi się niedobrze, ale na sali operacyjnej – nigdy.

Dziennikarz nie ma problemu z wejściem na salę operacyjną?

Przeważnie nie. Dziennikarza wpuszczą prędzej niż na przykład lekarza rodzinnego. Oczywiście operacji przeszczepiania twarzy na żywo nie widzieliśmy. To byłby chyba jednak skandal.

Na swoją twarz w lustrze patrzy Pani teraz inaczej?

Zdecydowanie krytycznie. A co do Darka to się nie wypowiadam. On jest chyba zadowolony.

Dorota Jastrzębowska

* Jeśli znajdziesz błąd, zaznacz go i wciśnij Ctrl + Enter

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo