Serwis o mediach i reklamie

O nas Pressletter

Wydanie: PRESS 06/2016

Jestem nieczuły - rozmowa z Cezarym Łazarewiczem

Cezary Łazarewicz (fot. Wojciech Surdziel)

Ile procesów przegrałeś w życiu?

Jeśli dobrze pamiętam, to jeden. Z Markiem Piotrowskim, specjalistą od przejmowania ziemi kościelnej.

Dziennikarze dostawali nagrody Grand Press za opisywanie jego działalności, on sam przesiedział w areszcie, a Ty przegrałeś z nim proces?

Główny zarzut dotyczył leadu, zresztą świetnego, który dała redakcja „Polityki” do mojego tekstu: „Marek Piotrowski sześć lat temu założył firmę, która miała hurtowo handlować sokami, ale dorobił się majątku na innym hurcie – handlując hurtowo kościelną ziemią”.

W sądzie Piotrowski stwierdził, że po pierwsze, nie dorobił się na tym wielkiego majątku, a po drugie, nie handlował hurtowo ziemią. I jeszcze nie podobało mu się, że napisałem, iż zostawiał u znajomych paczki z pieniędzmi na wypadek konfiskaty majątku. Informator powiedział mi, że zostawiał pieniądze u niego i u innych, ale w sądzie nie potrafił wskazać innych. Moja prawdziwa porażka polegała jednak na tym, że „Polityka” opublikowała takie oto oświadczenie: „Redaktor Łazarewicz niedostatecznie dobrze udokumentował tezy postawione w tekście”.

Ile razy byłeś pozywany?

Pewnie 10–15, nie liczyłem. Pamiętam pierwszy proces, bo był komiczny. W 1993 roku pozwał nas człowiek, który startował na posła z list PSL Porozumienie Ludowe. Jeździł po koszalińskich wsiach i twierdził, że jest z rodziny hrabiowskiej. Opisałem to w koszalińskiej „Gazecie Wyborczej”, kpiąc z niego, a on w sądzie twierdził, że hrabiowie są na wsi źle postrzegani, więc odbieramy mu w ten sposób elektorat. Przegrał.

Za to Ty przegrałeś proces, który sam wytoczyłeś SDP za to, że Cię nominowało do Hieny Roku po tekście o Rajmundzie, ojcu braci Kaczyńskich, w lipcu 2012 roku.

Prawica do dzisiaj się mnie czepia, że niegodnie napisałem o prywatnym życiu Rajmunda Kaczyńskiego. Tymczasem, znając jego prawdziwie bujne życie, właśnie go nie opisałem – bo uznałem, że to może przekraczać granice prywatności. W moim tekście pojawiło się tylko zdanie: „Zamykali się na wiele godzin w pokoju 104 na pierwszym piętrze instytutu i pracowali do późna. Zamiast doktoratu powstały plotki o ich gorącym romansie”.

Czyli autocenzurując się, ściągnąłeś sobie kłopot na głowę.

Tak, bo w przeciwnym razie podałbym fakty i nazwiska.

Zwolennicy Kaczyńskiego nie potrzebują faktów, by i tak się z nimi nie zgadzać.

Już wcześniej opuściłem SDP po ich haniebnym oświadczeniu, że Tomasz Sekielski i Andrzej Morozowski rzekomo przekroczyli wszelkie dziennikarskie granice, doprowadzając do nagrania targów politycznych Adama Lipińskiego z Renatą Beger. Wydawało mi się wtedy, że już większej kompromitacji tej dziennikarskiej organizacji być nie może. Ale się myliłem!

Dzięki Twojemu procesowi z SDP przynajmniej inni dziennikarze uniknęli tych comiesięcznych nominacji do Hieny Roku.

Próbowałem wtedy tłumaczyć, że z tym tytułem Hiena to tak, jakby kilku facetów zaczęło wręczać Nagrodę Sprzedajnego Sędziego. I dawaliby ją tylko tym, których nie lubią. Jednak do sądu to nie docierało. W uzasadnieniu mojej nominacji SDP napisało, że swój tekst pisałem z pobudek politycznych, czego w żaden sposób nie potrafili udowodnić. Sąd zresztą tego nie badał, dlatego kilka dni temu złożyłem skargę do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu.

Bronił Cię wówczas Tomasz Lis. Napisał, że Hienę wprawdzie dostał Łazarewicz, ale naprawdę należy się jemu. Więc może jeśli nie Ty, to Twój naczelny miał polityczną misję?

Oczywiście, że „Newsweek Polska” prowadził krucjatę. Po pewnym czasie było już wiadomo, że pewne tematy przechodziły, a pewne nie. Naczelny jest twarzą politycznego sporu, a to przenosiło się na redakcję. Tylko że ja, pisząc o Rajmundzie Kaczyńskim, chciałem po prostu przybliżyć osobę nieznaną, ale bardzo ważną, ojca premiera i prezydenta.

Pewnie nie Ty przyszedłeś do redakcji z tym tematem.

Mieliśmy listę czekających tematów do zrobienia. Jeśli nie miałeś pomysłu, można było coś z tej listy wybrać. Dzięki żonie Ewie Winnickiej, która wtedy pracowała w „Polityce” i wcześniej, razem z Bianką Mikołajewską, pisała tekst o Rajmundzie Kaczyńskim, wiedziałem, gdzie poszperać. To była normalna dziennikarska robota: poszedłem do archiwum Politechniki Warszawskiej i wyciągnąłem dokumenty, które po Rajmundzie Kaczyńskim zostały. A to, że wyszło z nich na jaw, że w latach 60., gdy z Polski nikt nie mógł wyjechać, Kaczyński był w delegacji rządowej w Libii i Wielkiej Brytanii – to już nie moja wina.

Byłeś wdzięczny Lisowi, że Cię bronił?

Zadzwoniłem, by mu podziękować.

A pamiętałeś o tym, krytykując go później za wpis w blogu dotyczący Twojej kolejnej redakcji: „Gdyby afera taśmowa taka jak we »Wprost« wpadła w moje ręce, to zleciłbym porozmawianie z bohaterami nagrań, próbował się dowiedzieć, kto i dlaczego dostarczył te nagrania redakcji, bo w przeciwnym razie nie ma mowy o pracy dziennikarskiej”?

Szlag mnie wtedy trafił, bo jego w ogóle nie interesowało, co było na tych nagraniach, tylko atakował naszą redakcję, że je opublikowaliśmy. Ale już nie pamiętam, co napisałem.

„Hmmm, bo to raz, gdy pracowałem w »Newsweeku« publikowaliśmy takie nagranie. A to ze spotkania zarządu PO, a to ze spotkania Ruchu Palikota, gdy wywalano z niego Wandę Nowicką, a to z regionalnych spotkań PO. Jakoś sobie nie przypominam, by ktokolwiek wtedy prowadził śledztwo” – napisałeś.

Każdy tekst może mieć podtekst. Tylko że dotychczas w dziennikarstwie liczyła się wartość ujawnionych treści, a w przypadku taśm „Wprost” – jaka była reakcja?

Pierwsza reakcja była świetna, Monika Olejnik na konferencji premiera o ósmej rano powiedziała: „Dzisiaj całe środowisko dziennikarskie jest przeciwko panu, panie premierze – przykro mi”. Gorzej było już następnego dnia, gdy w felietonie w „Gazecie Wyborczej” pisała nie o podsłuchach, ale o niegrzecznych prawicowych dziennikarzach.

Ja o publikacji tych taśm nie wiedziałem, nie było mnie w Warszawie. Gdy przeczytałem w końcu rozmowę prezesa NBP Marka Belki z szefem MSW Bartłomiejem Sienkiewiczem, poczułem się jak te zwierzęta z „Folwarku zwierzęcego”, które pomogły przepędzić z farmy złych ludzi, by zapanowała wreszcie sprawiedliwość. Ale na koniec, gdy podeszły do budynku, zobaczyły biesiadujących przy stole ludzi ze świniami – i tylko nikt już nie wiedział, kto jest człowiek, a kto świnia. Ja też miałem kłopoty z rozróżnieniem.

Zadzwonił do mnie kolega i mówi, że mamy we „Wprost” roboty na pół roku, żeby teraz wątki z nagrań powyjaśniać. Odpowiedziałem, że chyba wszyscy dziennikarze mają.

Byłeś naiwny.

Nikt tego nie pociągnął. Zamiast tego ruszył atak na nas.

Rozumiem, że w redakcjach są sympatie polityczne, ale gdy takie szambo wylewa, trzeba sprzątać, niezależnie od sympatii. A tu szambo wywaliło, lecz moi koledzy dziennikarze uznali, że nic się nie stało.

Jak tłumaczysz tę zbiorową ślepotę?

Jest po obu stronach. Popatrz, co się teraz dzieje w prawicowych mediach. Też dzielą polityków na „naszych” i „onych”. I swoim też pozwalają na więcej. Czyli to samo co poprzednio, tylko w drugą stronę.

Przecież gdyby taka afera przydarzyła się rządowi PiS, to wiele tak zwanych mainstreamowych mediów by ich natychmiast rozjechało. Czy kogoś by interesowało, kto dostarczał nagrania?

Nie rozczarowuje Cię po tym wszystkim dziennikarstwo?

Jestem tak zrażony do dziennikarstwa, że próbuję się z niego wypisać. Być dziennikarzem – to było moje największe marzenie. Zaczynałem na samym dnie, drukując własne gazety na ramce i powielaczu. Dzięki temu trafiłem do lokalnej „Wyborczej” w Koszalinie. To był prowincjonalny oddział, ale bardzo waleczny. Kiedyś wykryliśmy drobny przekręt promocyjny robiony przez wielką Coca-Colę, wahanie, czy to dadzą w ogólnopolskiej „Wyborczej” trwało chwilę. Dali, mimo że Coca-Cola była jednym z naszych największych reklamodawców. Wielki szacunek. W tamtych latach mogłeś mieć zaufanie do redakcji.

I sądzisz, że to się skończyło.

Mam pewność.

Dlatego swój tekst o agencji MDI Macieja Gorzelińskiego i Rafała Kasprowa, którzy, udając akcję społeczną, chcieli wymusić zmianę prawa o recyklingu, opublikowałeś w „Tygodniku Powszechnym”, a nie we „Wprost”?

Opublikowałem go w „Tygodniku Powszechnym”, bo Gorzeliński z Kasprowem blokowali wiele tygodni tekst we „Wprost”, szantażując prezesa wydawnictwa i grożąc opublikowaniem kompromitujących informacji o redaktorze naczelnym.

Zresztą na początku to nie wyglądało na wielki temat. Dostałem prezentację, w której firma PR-owa obiecuje zmienić ustawę. Ale był tam haczyk: nazwiska znanych osób, które oni wykorzystają do nagłośnienia tematu.

Więc wpisujesz w Google: „Adam Wajrak”…

Wpisuję: „Adam Wajrak”, „akumulatory”. Nic nie ma, jest czysty. Jednak dzwonię do Adama i pytam: „MDI zwracało się do ciebie?”. „Tak” – mówi. – „Pomysł w sumie dobry, ale nie wziąłem w tym udziału”. Chcieli też wykorzystywać polityków, na przykład Palikota, zbierali podpisy pod petycją do ministra środowiska, ale najciekawsze były dyskusje panelowe w gazetach. W jednym dzienniku w takiej dyskusji wzięły udział cztery osoby – wszystkie inspirowane przez MDI. Pracował też dla nich generał Adam Rapacki, którego ekspertyzy przedstawiali jako niezależne, choć wcześniej mu za nie płacili.

O tym, że to naprawdę ważny temat, przekonał mnie sam Maciej Gorzeliński. Okłamał mnie, że nie zlecali generałowi Rapackiemu żadnych ekspertyz, choć ten kilka godzin wcześniej powiedział mi, że pracował na rzecz MDI, bo mu za to zapłacili. A gdy Rafał Kasprów zaczął mnie straszyć procesem i puszczeniem mnie w skarpetkach – byłem pewny, że coś tu śmierdzi.

Prostując Twój tekst w „Tygodniku Powszechnym”, MDI mimowolnie Cię skomplementowało.

Największym dowodem ich uznania dla mnie jest te pięć czy sześć procesów, które mi wytoczyli. Na razie wszystko przegrywają. Dopiero w sądzie poznałem szczegóły na temat tego, w jaki sposób szantażowali mojego wydawcę.

Ale danego słowa o puszczeniu w skarpetkach starają się dotrzymać.

Powiedziałeś, że miałeś w życiu 10–15 procesów, a tu już jest sześć w jednej sprawie.

Nie robię sobie karbów na długopisie.

Kto Ci płaci za prawników?

W sprawie MDI – „Wprost”. Zachowują się tak, jak dobry wydawca powinien.

Mimo że główny tekst o akumulatorach napisałeś do „Tygodnika Powszechnego”?

Pozwy dotyczą tylko tekstów, które ukazały się we „Wprost” – i za nie mam procesy. Drugi tekst miał tytuł „MDI i media”. Opisał, jak MDI „generowało” swoje materiały w prasie. Sprawdziłem, że w „Press” nie publikowali, w „Polityce” też nie, ale nawet we „Wprost”, gdzie pracowałem, coś zamieścili. Mocno się zdziwiłem, że sami mi opowiedzieli o tym, jak to robią.

Dzwonią do redaktorów naczelnych, czasem do wydawców, i mówią, że tekst, który ma się za chwilę ukazać, a dotyczy ich klienta, jest zły, więc rekomendują, by z niego zrezygnować albo przynajmniej, by trafił na dalszą stronę. Albo odwrotnie: dzwonią i mówią, że tekst, który ma się ukazać, jest ważny i powinien trafić na pierwszą stronę. Twierdzili, że ten ich „głos doradczy” jest wysłuchiwany w wielu redakcjach.

W końcu byli doświadczonymi dziennikarzami...

I mają argumenty, które potrafią przekonać. Dziennikarze chodzą z nimi na wino i traktują jak kolegów, którymi oni już nie są.

Niedługo pewnie Ty też nie będziesz dziennikarzem, tylko pisarzem. Z Twojej książki „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka” dowiedziałem się, że nawet w stanie wojennym za PRL panowały jakieś standardy. Prokurator generalny mógł postawić się ministrowi spraw wewnętrznych; lekarze odmawiali fałszowania dokumentów zgonu; prokurator mógł nie podpisać fałszywego aktu oskarżenia...

Te odkrycia mnie budowały. Okazało się, że byli porządni ludzie nawet w milicji, jak Jerzy Kulczycki, który nie zgodził się na fałszowanie dowodów w sprawie zabójstwa Grzegorza Przemyka, czy prokurator generalny Franciszek Rusek, który z powodu swojej postawy stracił stanowisko.

Pokazujesz panteon porządnych ludzi. Nieżyjących, jak Barbara Sadowska, matka Przemyka, ksiądz Jerzy Popiełuszko czy poeta Wiktor Woroszylski, ale też nam współczesnych, jak Anna i Jacek Fedorowiczowie.

Ale o nich jest mało.

Na pomnik wystarczy. I dlatego tak mnie wkurza, że wielu z bohaterów, także tych pozytywnych, nie chciało z Tobą rozmawiać.

Profesor Zdzisław Marek, patomorfolog, który w sprawie Pyjasa uchodził za czarny charakter, a w sprawie Przemyka, mimo nacisków, nie zgadzał się kłamać – nie żyje. Prokurator Franciszek Rusek nie chciał ze mną rozmawiać.

Ponieważ…?

Ludzie nie ufają dziś dziennikarzowi. Bardzo liczyłem na Jerzego Kulczyckiego, byłego milicjanta. Gdy został wykopany ze służby, to w 1984 roku nigdzie nie mógł znaleźć pracy. To właśnie on ujawnił, gdzie są ukryte akta sprawy Przemyka. Smutne, że ludzie, którzy kiedyś wystąpili przeciwko resortowi, przez całe lata 90. i później byli dla policji czarnymi owcami.

A gdy wreszcie mieli szansę z Tobą o tym porozmawiać, dlaczego nie skorzystali?

Jestem dla nich facetem, który może im tylko zaszkodzić. Wdziera się w ich prywatność i przeszłość, o której bohater najczęściej chce zapomnieć. Gdy mówisz, że jesteś dziennikarzem, to gorzej, niżby komornik do domu wchodził.

Reporterów prasowych zaorali telewizyjni. Moja żona opowiadała, jak rozmawiała w kuchni z matką kobiety, która wraz z mężem popełniła samobójstwo. Pod oknami bloku chodził reporter telewizji i wrzeszczał: „Pani Barbaro, niech pani otworzy, wiemy, że pani tam jest!”. Jak możesz wzbudzić zaufanie u ludzi, gdy wcześniej była tam już telewizja, wszystko wywlekła na wierzch i przemieliła?

Też musiałeś chodzić po domach.

Gdybym miał choć e-mail do Kulczyckiego... Ja stanąłem pod jego domem i coś tam bąkałem do domofonu. Pięć razy byłem też pod domem prokurator Wiesławy Bardonowej. Zmarła w zeszłym roku w listopadzie. Czytałem jej zeznania, mówiła w nich, że prowadziła perfekcyjnie sprawę Przemyka.

Nawet Wikipedia tej okropnej kobiety nie opisała porządnie.

A ta druga prokurator, która podpisała kłamliwy akt oskarżenia przeciwko sanitariuszom za rzekome pobicie Przemyka – Anna Jackowska, jest teraz wiceprezesem w samorządzie agentów nieruchomości. Uczy prawa i etyki zawodowej, a jej życiorys zaczyna się po roku 1991.

Czemu właściwie nie opisałeś romansu matki Grzegorza z jego najbliższym kolegą Cezarym F.?

Bo SB wykorzystywało przeciwko nim tę sprawę już w latach 80. Napisałem tyle, ile pozwoliłem sobie napisać. A skoro mówisz o romansie, widocznie takie wnioski z tej książki wyciągnąłeś. Cezary F. nie chciał ze mną rozmawiać, co dodatkowo utrudniło sprawę. On żyje, ma żonę, dzieci.

Gdyby Artur Domosławski był tak delikatny jak Ty, nie byłoby afery z „Kapuściński. Non-fiction”.

Widocznie mam inną wrażliwość niż Artur Domosławski. Choć w sporze prawnym stałem po jego stronie.

Bo prawda musi być ujawniona... Sam się do tego nie stosujesz.

O Kapuścińskim napisałbym inaczej, delikatniej. Te rozdziały dotyczące kochanek wielkiego pisarza dla mnie nie były nieodzowne, ale skoro Artur uważał, że są potrzebne, to sprawa jego wrażliwości.

Czyli nie do końca stałeś po stronie dziennikarza.

Mam piszącą żonę, która parę razy mnie uratowała. Bo ja jestem nieczuły.

Mówisz o sobie wręcz: „nieczuły i gruboskórny”. Jak to się w pracy przejawia?

Że się nie wzruszam, nie robią na mnie wrażenia sentymentalne opowieści. Przez tę gruboskórność napisałem kiedyś, że bohater ma dziecko ze swoją księgową. Tylko że ona to ukrywała. Na szczęście przeczytała to moja żona i spytała: „Czy ty na głowę upadłeś? A jeśli ten chłopak się dowie z twojego tekstu, kim jest jego ojciec?”.

Są jednak sytuacje, gdy musisz napisać całą prawdę.

Są, ale tu nie musiałem. To był jakiś poboczny wątek, którym chciałem się popisać. A przez moją gruboskórność nie zauważyłem, że przekroczyłem granicę przyzwoitości.

Moja żona te niezręczności wychwytuje, a ja je z tekstów usuwam.

Dałoby się napisać taką książkę bez tomów akt z IPN i prokuratury?

Niemożliwe, pamięć ludzka jest zbyt dziurawa. Najlepiej ujrzałem to właśnie u państwa Fedorowiczów, na których zwróciłeś uwagę. Ich nazwisko znalazłem w pamiętniku Wiktora Woroszylskiego. Udostępniła mi go jego córka. Napisałem do Jacka Fedorowicza, żeby mi opowiedzieli o tej historii. A on na to, że nic nie pamięta, ale spyta żonę, która pracowała w Komitecie Prymasowskim wraz z Barbarą Sadowską. Pani Anna Fedorowicz odpowiada: „Muszę się zastanowić, podzwonię po koleżankach”. I tragedia, dzwonisz do kolejnych ludzi, a oni nic nie mają do powiedzenia.

Bywa jeszcze gorzej. W Białobrzegach, gdzie Przemyk chodził do szkoły, znalazłem jego nauczycielkę. Pytam, jaki był, i widzę, że ona go nie pamięta, ale próbuje mi pomóc i coś zmyśla. To jest najgorsze.

W czym dziennikarzowi z Warszawy może pomóc pani z biblioteki publicznej w Koszalinie, której dziękujesz w książce?

Małgorzata Weiss, moja koleżanka, może mi pomóc we wszystkim. Dzwonię lub piszę do niej, że potrzebuję na przykład takiego a takiego artykułu z „Tygodnika Powszechnego” z marca roku 1971. A ona za godzinę przysyła mi e-mail z informacją, że pomyliłem nie tylko miesiąc, ale i rok. A w załączniku mam PDF artykułu, którego szukałem. Małgosia bardzo mi pomaga.

Lubisz ten etap pracy w bibliotekach czy wolisz rozmowy?

Wolę biblioteki. 20 lat temu byłem pewien, że pamięć ludzka jest najważniejsza, a dziś widzę, jak jest zawodna, bo ludzie o tych samych wydarzeniach mówią zupełnie co innego, niż mówili 20 lat temu.

Dlatego IPN też jest dla Ciebie ważny?

IPN, jak odkurzacz, zasysał wszystko – i pierdoły, i cuda. W materiałach o Grzegorzu Przemyku były wszystkie jego tomiki wierszy. One wychodziły na powielaczach, gdzie je teraz znajdziesz? W IPN znalazłem też artykuły z prasy podziemnej i z Zachodu poświęcone Przemykowi.

Ale częściej ten odkurzacz wciąga bohaterów.

Nóż może służyć do kaleczenia ludzi lub krojenia chleba. W IPN widuję gości z „Gazety Polskiej”, którzy szukają haków na ludzi ze swoich list. Nie są dziennikarzami, tylko pracownikami propagandy.

Ale najczęściej siedzę tam sam, bo mało osób do IPN wchodzi. Wielu ludzi z opozycji do dziś tam nie poszło, bo nie potrafią się z tą przeszłością zmierzyć.

Może to raczej niezgoda na babranie się w szambie?

To dotyczy pewnie kilku ludzi. Od moich znajomych raczej słyszę, że zamykają tamten rozdział, nie chcą tego wiedzieć. Czytam oczywiście też te gazetowe deklaracje, że IPN należy zabetonować.

Przecież wiesz, dlaczego wielu tak mówi.

Ideologicznie?

Nie, po prostu, nawet wiedząc, że masz podsłuch w domu, nie jesteś w stanie się tak cenzurować, by nie wyrażać opinii o najbliższych. Z tych nagrań w ścianach Twoi przyjaciele dowiedzieliby się nie o tym, co sądziłeś o Jaruzelskim czy Kiszczaku, lecz co mówiłeś do żony o nich, gdy wyszli od Was z wódeczki.

Ja na takie nagrania nie natrafiłem. A przejrzałem setki teczek.

Nie ma nagrań z podsłuchów w mieszkaniu Barbary Sadowskiej?

Są tylko fragmenty, zdania wypreparowane z wypowiedzi dotyczące sprawy, która podsłuchiwanego dotyczy. Widocznie nawet SB miało jakieś poczucie lojalności wobec podsłuchiwanych.

Twoja książka jest wielkim oskarżeniem Kiszczaka.

To jak w „Przypadku” Krzysztofa Kieślowskiego. Kiszczak mógł być przecież pozytywną postacią. Jego linia życia rozdwaja się na bohatera i kanalię pod koniec maja 1983 roku, kiedy woła do siebie Romualda Zajkowskiego i prosi, żeby sprawdził, czy SB nie brało udziału w zabiciu Przemyka. Okazuje się, że nie, że chłopaka śmiertelnie pobiło tych dwóch lub trzech zomowców. Kiszczak zgadza się, by ich postawić przed sądem, ale wysyła Zajkowskiego na rozmowy do Komendy Głównej. Ten od generała Józefa Beima słyszy: „wała”... i wraca do Kiszczaka z informacją, że nie ma zgody na proces zomowców, trzeba oskarżyć sanitariuszy. Gdyby Kiszczak wtedy nie stchórzył, gdyby postawił wszystko na jedną kartę, kto wie, jak by się potoczyły losy stanu wojennego.

Mieczysław Rakowski twierdził, że postawienie przed sądem zomowców mogło zmienić też los księdza Popiełuszki.

Kiszczak w latach 90. powtarzał kłamstwa ze stanu wojennego. Nie miał odwagi uderzyć się w pierś, przeprosić. Dlatego takim zaskoczeniem była dla mnie reakcja Jerzego Urbana w „Nie” po przeczytaniu książki. On, przy całym swoim cynizmie, mógł w ogóle się nie odzywać. A napisał, że żałuje swojej postawy w sprawie Przemyka. Doceniam to.

Jednak dopiero wtedy, gdy ujawniłeś, jak paskudnie zachował się Urban w sprawie Przemyka.

Według dokumentów, do których dotarłem, był okropnym manipulatorem. Na przykład jego pomysłem było, by w czasie procesu zabójców Przemyka ważnych korespondentów zagranicznych zapraszać na nieistotne rozprawy, a na te ważne tylko Hindusów lub Chińczyków.

Mogę nawet zrozumieć jego motywację, bo dla niego w tych czasach MSW było krynicą wiedzy i mądrości. Lecz gdzieś pisał, że już w lipcu 1983 roku zorientował się w manipulacjach Kiszczaka. A potem, jakby nigdy nic, brał udział w niszczeniu mecenasa Władysława Siły-Nowickiego. Sam pisał na niego te obrzydliwe teksty do „Trybuny Ludu” pod pseudonimem, bo uważał, że jest w stanie obsmarować go lepiej niż politrucy z MSW. I miał rację. Miał bardzo dobre pióro. Trafiał celnie i boleśnie. Jego pisanie musiało boleć bardziej, odbierał godność i poczucie zawodowej wartości staremu mecenasowi.

Poczułeś się demiurgiem po tej książce?

Nie, bo nie zapominam, że wydawnictwa nie były nią zainteresowane. Spotkałem kiedyś dyrektora Krzysztofa Dudka z Narodowego Centrum Kultury, który powiedział, że jeśli nikt nie chce, to on wyda tę książkę. Tylko gdy mi powiedział, że trafi ona do ośmiu księgarń, zrezygnowałem, bo wiedziałem, ile pracy muszę w nią włożyć i chciałem, by to ktoś przeczytał.

W końcu trafiłeś do Wydawnictwa Czarne.

Ewka im powiedziała, że piszę taką książkę. Przedtem wielu ludzi pytało mnie, czy wiem, że to jest „niszówka”. Gdy byłem już umówiony z Czarnym, zainteresowanie wykazał też Paweł Szwed z Wielkiej Litery, ale mówił, że lata 80. się w Polsce nie sprzedają.

Gdzie będziesz za rok?

Nie wiem. Trzy dni temu złożyłem wypowiedzenie z Wirtualnej Polski. Nie byłem w stanie pisać dwóch reportaży lub dwóch porządnych wywiadów tygodniowo.

Nie szkoda Ci tej dużej publiczności i feedbacku, jaki zapewnia wielki portal?

Feedbacku nie miałem, choć wiedziałem, że mój tekst przeczytało na przykład 360 tysięcy osób. Po tekstach publikowanych w Internecie nic się nie działo. A napisałem kilka takich, po których powinno nastąpić trzęsienie ziemi. Reportaż o domu dziecka w Giżycku prowadzonym przez Caritas powinien wzburzyć czytelników. Dyrektor nie dawał dzieciakom jeść, terroryzował je i bił. Miał sprawę prokuratorską, której ukręcono łeb. I nikt tego mojego tekstu nawet nie zauważył.

Internet owszem, generuje ruch, ale bohaterom tekstów, które chodzą tylko w sieci, nie chce się nawet wysłać sprostowań, mimo że wcześniej grożą sądem. Uznają, że lepiej nic nie robić, siedzieć cicho – i mają rację. Mój temat przysechł, nikt go nie podchwycił. W dodatku ja sam nie mogę już tego tekstu znaleźć inaczej niż przez Google. To gazety drukowane wciąż mają siłę. Nie wiem, kiedy Internet będzie miał taką.

Chcesz teraz żyć z książek?

Wziąłem zaliczki, mam jakieś oszczędności i daję sobie rok na sprawdzenie, czy można się z tego utrzymać. Mam jakieś inne wyjście?

Cezary Łazarewicz
Urodzony w lipcu 1966 roku w Darłowie, absolwent Technikum Rybołówstwa Morskiego. Jako młody chłopak współorganizował protesty przeciw budowie elektrowni atomowej pod Darłowem, należał do Ruchu Wolność i Pokój oraz KPN. Wydawca dwóch podziemnych gazet, a później współpracownik koszalińskiej „Gazety Obywatelskiej”. Jego ojciec, marynarz, był właścicielem lokalnego radia w Darłowie. Przez 20 lat wracał z kolejnych rejsów z elementami wyposażenia do studia i nadajnika. Z Darłowa Łazarewicz wyprowadził się w 1992 roku do Koszalina i „było to jak przeniesienie się do wielkiej metropolii”. Do koszalińskiej „Gazety Wyborczej” ściągnęła go na reportera Iwona Sznajderska. Następnie trafił do działu reportażu w warszawskiej „GW”. – Czułem się wspaniale, bo poznałem tych wszystkich wielkich, którzy pisali te cudowne teksty reporterskie, ale miałem poczucie, że mieszkam w pociągu. Połykałem jednak tę Polskę – mówi. Potem został pierwszym zamiejscowym reporterem „GW”: – Siedziałem w Koszalinie, jeździłem też dalej po Polsce, ale nie musiałem już jechać do centrali. Wszyscy mi zazdrościli, że mam taki superukład w pracy. W „GW” pracował do roku 2000. Po telefonie od Jerzego Sawki („Chcesz zostać dyrektorem?”. „Tak, a czego?”.) przez trzy lata był szefem Radia na Fali w Szczecinie. Potem pracował w „Metrze”, a następnie rozpoczął zdobywanie korony polskich tygodników: „Polityka”, „Przekrój”, „Newsweek Polska” i „Wprost”. Przez rok pracował w Wirtualnej Polsce. Wydał pięć książek: „Zapraszamy do Trójki”, „Kafka z Mrożkiem. Reportaże pomorskie”, „Sześć pięter luksusu. Przerwana historia Domu Braci Jabłkowskich”, „Elegancki morderca” i „Żeby nie było śladów. Sprawa Grzegorza Przemyka”. Każdą w innym wydawnictwie.

Andrzej Skworz

Zapisz się na nasz newsletter i bądź na bieżąco z najświeższymi informacjami ze świata mediów i reklamy. Pressletter

Press logo