media reklama
01.08.2010 niedziela
Press
PresserwisPrenumerataKsięgarniaReklamaKontakt
Analiza
A A A Drukuj Opinia Wyślij
Google kontra Chiny
Internetowa cenzura w Chinach to nic innego jak przykład e-protekcjonizmu

Bezprecedensowy konflikt za Wielkim Murem: najpotężniejsza wyszukiwarka internetowa Google grozi opuszczeniem Chin. Wszystko przez tamtejszych cenzorów i hakerów, którzy próbują ograniczać i kontrolować kalifornijskiego giganta. Choć świat docenia spóźnioną troskę o wolność słowa, analitycy ukazują drugie dno konfliktu - internetowy knebel w Chinach służy nie tylko kontrolowaniu umysłów, ale i portfeli. Chodzi o ochronę chińskich firm przed zagraniczną konkurencją. W ten sposób Chiny, jako pierwsze na świecie, przecierają szlak internetowego protekcjonizmu.
Google zaś walczy nie tyle o wolność słowa, co o potencjalne zyski. 
 
Sceptycyzm Gates’a 
 
Chociaż groźba zakończenia przez Google interesów w Chinach wywołała przychylne komentarze, pojawiają się głosy, że kalifornijska firma wcale nie zamierza rezygnować z najludniejszego rynku świata. Obok wymiany uszczypliwości między Pekinem a Waszyngtonem toczą się trudne rozmowy Google z chińskimi władzami. Zgodnie z zapowiedzią, mogą potrwać kilka tygodni.
Rozpoczynając spór, Google ogłosiła, że odtąd przestaje cenzurować chińską wersję swojej wyszukiwarki (google.cn), do czego zmuszało ją chińskie prawo. W jej wynikach pojawiło się zdjęcie słynnego ”tankmana”, który po pekińskiej masakrze w 1989 roku stanął na drodze czołgów, a także odnośniki do stron o dalajlamie. Jednak dociekliwi internauci zauważyli, że większość drażliwych dla Pekinu treści nadal pozostaje niedostępna. Firma nie zrealizowała groźby, a jej rzecznik przyznaje, że chińska strona wyszukiwarki nadal działa zgodnie z miejscowym prawem. Dodaje, że usunięcie cenzorskich filtrów może trwać tygodniami.  
Chociaż protest Google przeciw cenzurze poparli najważniejsi amerykańscy politycy, to biznesmeni i chińscy dysydenci podchodzą do niego sceptycznie. Szef konkurencyjnego Microsoftu Bill Gates stwierdził cynicznie, że różne kraje mają różne przepisy dotyczące cenzury - np. w Niemczech usuwa się przychylne wypowiedzi na temat nazizmu. ” Musisz podjąć decyzję, czy chcesz w danym kraju przestrzegać prawa, czy nie” – powiedział w rozmowie dla telewizji ABC najbogatszy człowiek świata. – ”Jeśli nie, to może pora zakończyć tam biznes”. 
Znany dysydent Harry Wu, który 19 lat przesiedział w chińskich obozach pracy, w rozmowie z AP był równie mało entuzjastyczny: ”Google wcale nie przejmuje się prawami człowieka. Firma tak naprawdę martwi się o pieniądze od ponad 300 mln chińskich internautów”. 
 
Znikające serwisy 
 
Państwo Środka to bodaj jedyny rynek, na którym amerykańska wyszukiwarka nie jest numerem jeden. W Chinach również Wikipedia nie jest wcale największą internetową encyklopedią. Podobnie jest w innych gałęziach sieciowego biznesu. A wszystko za sprawą cenzury. 
Lista serwisów internetowych, które zostały zablokowane za Wielkim Murem, jest długa. I ciągle rośnie, czasem w nieprzewidywalny sposób. Na przykład na początku stycznia chińscy internauci zostali odcięci od Internet Movie Database (IMDB), amerykańskiego serwisu z informacjami o filmach. ”Jest on oczywiście gniazdem separatystów oraz sił antychińskich” - żartował Jeremy Goldkorn, mieszkający w Pekinie autor znanego bloga danwei.org.
Według powszechnej opinii chińscy cenzorzy starają się wyciąć z sieci wszelką niezależną myśl. Chcą zapobiec powstaniu jakiejś wywrotowej organizacji. To dlatego zablokowano Facebooka, a także Twittera i inne serwisy mikroblogowe, łącznie z chińskim Fanfou i polskim Blipem. Wszystkie pozwalały niepokornym duszom nawiązać kontakt między sobą, a także z dysydentami za granicą. 
Aurora przelała czarę goryczy

Bezpośrednią przyczyną protestu Google był hakerski atak na serwery tej i ponad 30 innych amerykańskich firm. Doszło do niego w połowie grudnia ub. r. Wszystkie ślady wskazują na to, że został on przeprowadzony z Chin, a na serwerach Google włamano się na konta pocztowe obrońców praw człowieka. Jak odkryli analitycy firmy McAfee, w dwóch przypadkach pliki użyte przez hakerów umieszczone były na ich komputerach w katalogu o nazwie Aurora. Analitycy przypuszczają, że taki był kryptonim całej akcji, dlatego w prasie nazwano ją Operacją Aurora. Śledztwa w sprawie tego ataku domaga się od Pekinu Hillary Clinton.
Operacja Aurora to nowa odsłona cyberwojny, którą prowadzą wywiady Chin i USA. Wiadomo, że włamując się do amerykańskich firm - w tym m.in. Yahoo, Adobe czy Symantec - napastnicy wykorzystali lukę w programie Microsoft Internet Explorer. Jednak było to za mało dla skutecznego ataku. Amerykańscy analitycy twierdzą, że hakerzy musieli mieć wsparcie chińskiego wywiadu. Od kilku lat amerykańskie służby alarmują, że Pekin rozbudowuje w USA siatkę szpiegowską na skalę z czasów zimnej wojny. Celem są najnowocześniejsze amerykańskie technologie. Wśród firm zaatakowanych podczas Operacji Aurora znalazł się m.in. Northrop Grumann, producent sprzętu wojskowego.
 
Konrad Godlewski

Jak jednak wytłumaczyć blokadę IMDB albo ubiegłoroczne odcięcie całego YouTube? Przecież przygniatająca część ich zawartości nie ma nic wspólnego z polityką. - Chińscy urzędnicy potrafią działać selektywnie. Gdyby chcieli, to blokowaliby na YouTube pojedyncze filmy - tłumaczy Frederik Eriksson, dyrektor European Centre for International Political Economy (ECIPE) w Brukseli. - Cenzorom nie chodziło zatem o odcięcie Chińczyków od filmów ukazujących nadużycia władz. Chcieli najwyraźniej odciąć od chińskiego rynku YouTube oraz jego właściciela, którym jest Google - dodaje.
W wydanym właśnie raporcie ECIPE alarmuje, że za Wielkim Murem rozwija się nowa forma państwowego protekcjonizmu - cenzura internetowa. Gra idzie o wielkie pieniądze. Tylko zyski z reklamy internetowej rosną w Chinach co roku o 60 proc. i niedługo przekroczą 2 mld euro. Globalna sieć za Wielkim Murem ma największą populację użytkowników (ok. 360 mln). Internautów szybko przybywa, a ich portfele pęcznieją wraz z chińską gospodarką. - Blokowanie zagranicznej konkurencji w sieci to prowadzona z rozmysłem polityka - uważa Eriksson. - Cenzura po prostu broni interesu chińskich przedsiębiorstw. W ten sposób wypacza ideę Internetu jako wolnego targowiska. 
 
Baidu, chiński Google 
 
Najsłynniejszym przykładem skuteczności e-protekcjonizmu jest Baidu. Ta założona w 2000 roku i notowana na Wall Street spółka prowadzi dziś największą w Chinach wyszukiwarkę internetową. Ale nie zawsze tak było. W 2002 roku Baidu kontrolowała ledwie 3 proc. krajowego rynku, podczas gdy Google - 24 proc. Przed zbliżającym się wówczas zjazdem partii chińska cenzura zablokowała jednak amerykańską wyszukiwarkę, bo ta nie chciała się poddać drakońskim regulacjom. 
Podczas gdy przez następne miesiące obrońcy praw człowieka ciskali gromy na komunistyczne władze, Baidu po cichu zwiększała liczbę użytkowników. W 2005 roku odebrała Google palmę pierwszeństwa i dziś kontroluje aż 65 proc. chińskiego rynku. W dodatku zarząd Google ugiął kark przed chińską cenzurą i ku zgorszeniu obrońców praw człowieka poszedł na współpracę. Otwarta w 2006 roku chińska wersja google.cn pozbawiona była niewygodnych dla Pekinu treści. Lecz pozycji wyjściowej i tak nie dało się obronić. Dziś - według różnych szacunków - Google kontroluje 19-35 proc. chińskiego rynku. Tak kiepskiego wyniku nie ma chyba nigdzie na świecie. 
Historia powtórzyła się z Wikipedią, największą internetową encyklopedią świata. Po raz pierwszy zablokowano ją w 2004 roku, a dwa lata później Baidu otworzyła własną stronę tego typu. Dziś Baidu Baike, przezwana baidupedią, liczy 2 mln haseł i jest drugą internetową encyklopedią świata po angielskiej Wikipedii. Ceną sukcesu jest oczywiście polityczna poprawność. Na przykład hasło ”Tybet” w Baidu Baike nic nie wspomina o antychińskim powstaniu z 1959 roku. Z kolei zapytanie o ”incydent 4 czerwca 1989 roku” - datę masakry w Pekinie - nawet w Polsce skutkuje kilkuminutowym odcięciem dostępu do baidupedii.  
Podobne blokady pojawiają się także na innych obszarach internetowego biznesu. Ofiarą chińskiej cenzury padła np. amerykańska gra ”World of Warcraft”, która dla Internetu jest mniej więcej tym, czym były ”Gwiezdne wojny” dla kina. Gra przynosi kokosowe zyski, bo dorobiła się na świecie 11 mln użytkowników, którzy każdego miesiąca wpłacają 15 dol. abonamentu. W Chinach jest jednak niedostępna od listopada ub. r. Chiński Urząd ds. Publikacji i Prasy, odpowiadający także za cenzurę, przyczepił się bowiem do finansów miejscowego operatora gry. Ta sama jednak firma, już po wyłączeniu ”Warcrafta”, uruchomiła własną grę pod nazwą ”World of Fight”. 
 
Ręka rękę cenzuruje 
 
- Chiński model rozwoju od początku oparty jest na protekcjonizmie, wspieraniu swoich - uważa Radek Pyffel, szef Centrum Studiów Polska-Azja. - Chińczycy wpuszczali do siebie zagranicznych inwestorów, mamiąc ich wizją kokosowych zysków, a jednocześnie zmuszając do współpracy z lokalnymi partnerami, którzy w ten sposób zdobywali zagraniczne know-how drogą na skróty - dodaje. Zdaniem Frederika Erikssona z ECIPE Google walczy w Chinach nie tyle o wolność słowa, co o uczciwe zasady konkurencji. Rozmowy, które kalifornijska firma toczy z Pekinem, temu są właśnie poświęcone. Najwyraźniej Amerykanie wolą rozwiązać problem bezpośrednio z chińskimi politykami, niż zdawać się na spór przed Światową Organizacją Handlu. Jednak kilka amerykańskich organizacji pozarządowych właśnie zwróciło się do administracji Baracka Obamy, by - walcząc z chińską cenzurą - obrał tę właśnie drogę.
Zachętą może być wynik sporu o kwoty na importowane filmy, książki i płyty. Przez ostatnie lata Chiny chroniły w ten sposób lokalnych producentów, stwarzając jednocześnie pole dla rozwoju przemysłu pirackiego. W sierpniu ub. r. WTO nakazała Pekinowi otwarcie rynku, a w grudniu Chiny przegrały odwołanie w tej sprawie. Otwarcie powinno zatem nastąpić - ku uciesze Hollywoodu - w tym roku, ale eksperci nie wątpią, że Chiny użyją wszelkich sposobów, by zohydzić zagranicznemu kapitałowi perspektywy kokosowych zysków. ”Avatar” Jamesa Camerona, który bije w Chinach rekordy sprzedaży, został właśnie częściowo wycofany z chińskich kin, by zrobić miejsce krajowej superprodukcji o Konfucjuszu.
- Prymat w Internecie czy też w dziedzinie kultury Chińczycy traktują strategicznie - tłumaczy Radek Pyffel. - Widzą, jak ogromny wpływ na świat zaczynają mieć Google czy Yahoo, które są poza ich kontrolą. Dlatego woleliby widzieć jego chińską przeciwwagę. Jednak pomagając rosnąć swoim firmom, odcinają internautów od światowej sieci i wykluczają ich z globalizującego się świata. Otwarcie, które rozpoczęło się w Chinach 30 lat temu, może się okazać selektywne i dotyczyć tylko tych, którzy zaakceptują chińskie warunki. Także w Internecie - dodaje.
Według statystyk Internet w Chinach należy do najbardziej zamkniętych na świecie. Tylko 6 proc. linków na chińskich stronach prowadzi za granicę.  
 
Konrad Godlewski 


dodaj opinię : wyślij znajomemu : powrót
opinie
rozwiń opinie
Google cenzuruje swoje strony
Google.cn nie wyświetla wyników wyszukiwania w domenie sites.google.com.
kemie 2010-02-02, 09:23
 
Galeria ponad stu tytułów prasowych
 
"Press" 8/2010
Press

W numerze m.in.:
 

zamów prenumeratę!



specjalna oferta prenumeraty dla wszystkich studentów
 
 

Dołącz do dziennikarzy, redaktorów, fotoreporterów, którzy prezentują swój dorobek na Press.pl.
Bazę z profilami przeglądają dysponujący zleceniami w mediach.
 
 

gadżety w prasie

Zobacz, co można obecnie kupić z polską prasą
 

najczęściej czytane newsy w tygodniu

Marek Twaróg naczelnym "Polski Dziennika Zachodniego"
Smaszcz-Kurzajewska naruszyła obowiązujące w TVP zasady etyki
Agnieszka Ścibior redaktor naczelną magazynu ”Viva! Moda”
Józefowicz i Pawełek odchodzą z "Sukcesu"
Lurena Investments chce przejąć 100 proc. akcji Ruchu
 
Facebook

iGoogle

Press
www.press.pl
Press sp. z o.o. sp.k.
ul. Trybunalska 57
60-325 Poznań
Grand Press
www.grandpress.pl
Grand Press Photo
www.grandpressphoto.pl
Presserwis
www.presserwis.pl
Press Euro
www.presseuro.pl
Press Cup
www.presscup.pl
© Press sp. z o.o. sp.k. Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System.